Na rowerze i z aparatem przez życie

Rower, w nagrodę za włożony wysiłek, odwdzięcza się możliwością dotarcia w miejsca olśniewające
| Fot. Damian Finer

Damian Finer, łamacz i drukarz pracujący przy codziennym wydaniu „Kuriera Wileńskiego”, nie wyobraża sobie życia bez roweru. Rower to dla niego główny środek transportu przez cały rok oraz styl życia. Jeździ więc i… robi zdjęcia.

Jak dorastałem, nie było telefonów komórkowych ani powszechnych komputerów. Za to na podwórku były trzepaki, obok których spotykaliśmy się jako dzieci, było to miejsce narad, spotkań, gier. Urodziłem się w Polsce, w mieście żużlowym. W Polsce piłka nożna nie jest sportem numer jeden, tak na prawdę sportem numer jeden jest żużel. To jazda w kółko na motocyklach bez hamulców, bez biegów. To bardzo trudny, ekstremalny, niebezpieczny sport. Na Litwie w latach 60. próbowano otworzyć klub żużlowy, ale ktoś zginął w wypadku i to zarzucono. Moje dzieciństwo i dzieciństwo innych z mego pokolenia przebiegało na podwórku. Ale największą atrakcją w moim mieście był właśnie żużel. Wyczekiwałem niedzieli, kiedy to dziadek zabierał mnie do kościoła, a potem na stadion, na zawody żużlowe. Zbierało się tam całe miasto, przyjeżdżało wielu znanych sportowców, którzy byli naszymi idolami – opowiada Damian.

Czytaj więcej: Samorząd stolicy zachęca do podróżowania rowerem, komunikacją miejską i pieszo

Cały rok na dwóch kółkach

Jak mówi, trzepak na podwórku był dla miejskiej młodzieży jakby stadionem żużlowym. Każdy chciał być Markiem Cieślakiem, który był fenomenalnym żużlowcem, albo Józefem Jarmułą.

– A więc spotykaliśmy się na podwórku z rowerami przy trzepaku i byliśmy wtedy żużlowcami. Pamiętam, że często były kłótnie, bo każdy chciał być Markiem Cieślakiem. I tak startowaliśmy na rowerach, które w naszej wyobraźni byli motocyklami. Wtedy w moi życiu pojawiły rowery – wspomina.

Kiedy poszedł do szkoły średniej, jego hobby trochę się zmieniło. Zaczął grać na gitarze, należał do zespołu. Ale na rowerze jeździł cały czas. Gdy zaczął już pracować, to przez cały rok – nieważne, czy to wiosna, lato, jesień, zima – do pracy jeździł na rowerze. Podobnie czyni teraz na Litwie.

Później, gdy się ożenił i urodziła się mu córka, to już jeździli w trójkę. – Pamiętam, gdy córka miała 9 miesięcy, pojechaliśmy pociągiem do Gdyni, a stamtąd promem do Szwecji, no i tam już jeździliśmy na rowerach. Dla córki to było usypiające. Wystarczyło, że posadziliśmy ją w specjalnym siodełku, ruszamy, a ona od razu zasypiała. I tak potrafiła spać 6–8 godzin – opowiada Damian.

Wyprawa rowerowa jest bardziej podobna do pieszej wędrówki niż do jazdy samochodem czy autobusem
| Fot. Damian Finer

Na łasce natury

Z czasem, gdy przeprowadzili się na Litwę, skompletował potrzebny do dalekich wycieczek sprzęt. Kupił: sakwy, kuchenkę, naczynia, śpiwory, namiot, mininamiot. I tak do dziś dnia na rowerze spędza swój wolny czas.

Jak mówi, lubi jeździć sam. To stwarza mu możliwość do medytacji, rozmyślań. Nie stara się jeździć zadaniowo, co wiele osób czyni, pokonując długie dystanse, koncentrując się na przejechaniu jak najwięcej kilometrów. On woli przejechać mniej, podziwiając widoki i zatrzymując się w ciekawych miejscach.

– W podróż zabieram duże ładunki, łącznie 100 litrów. Na Litwie pierwszy długi wyjazd odbyłem do Neryngi. Jeżdżę tam co roku, to już moja tradycja, żeby każdego roku przespać się na plaży. Kilkudniowe wypady z namiotem zaczynam od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Z własnego doświadczenia wiem, że wszystkie narodowe parki Litwy są ładne i zadbane. Zazwyczaj nie planuję, gdzie pozostanę na noc. Po prostu jadę i jeżeli miejsce mi się podoba, to zostaję tam na noc – mówi Finer.

Rower, w nagrodę za włożony wysiłek, odwdzięcza się możliwością dotarcia w miejsca olśniewające. Podróżując, uświadamiamy sobie bowiem, że świat jest naprawdę piękny, a rower pozwala go odkrywać na swój unikalny sposób. Wyprawa rowerowa jest bardziej podobna do pieszej wędrówki niż do jazdy samochodem czy autobusem. Pedałując, poruszamy się wolniej, ale uważniej. Zdani na łaskę i niełaskę sił natury, na własnej skórze doświadczamy deszczu, wiatru i upalnego słońca. Trud podróży utrwala wspomnienia, które pozostaną żywe już przez całe życie.

– To, co mnie urzekło na Litwie, to niesamowicie czysta woda, zdecydowanie mniej ludzi. Spotykam dużo ciekawych ludzi niekoniecznie podróżujących na rowerze, ale też w kajakach. Dużo ludzi podróżuje samotnie; po prostu chcą pobyć sam na sam z przyrodą, odpocząć od rodziny i nie ma w tym nic złego.

Czytaj więcej: Tajemnice Westerplatte

Ważny jest ekwipunek

Minusem na Litwie są tzw. bumszcziki. To ludzie, których ani ja, ani moi znajomi nie potrafimy w żaden sposób zrozumieć: przyjeżdżają na biwak, nieważne, czy to nad morzem, jeziorem czy rzeką, słuchają głośnej muzyki i piją piwo. Im więcej piwa, tym głośniej słuchają muzyki – zżyma się Damian.

Przecież muzyki można słuchać wszędzie i na okrągło, a śpiewu ptaków – tylko w określonym czasie i miejscu. Ludzie nie potrafią wypoczywać w ciszy. Dla nich to jest sytuacja stresowa, nieprzyjemna. – Zauważyłem, że na Litwie sporo osób nie wie, jak zachowywać się w parkach narodowych. W Polsce już w szkole podstawowej dzieci mają przedmiot „środowisko” i uczą się, co to jest park regionalny, park narodowy, co wolno, a czego nie wolno tam robić. Wszyscy w Polsce wiedzą, że w parku narodowym niczego nie wolno zrywać, głośno się zachowywać, a pod żadnym pozorem nie można tam robić dyskoteki. Na Litwie dzieci nie uczą się w szkole pływania, a to bardzo źle. Nad jeziorami, nad morzem często spotykam wysportowanych, muskularnych ludzi, którzy pluskają się w wodzie jak dzieci. Bardzo lubię pływać. Pracowałem kiedyś jako ratownik, skończyłem kursy płetwonurka. Jeżdżąc na rowerze, często zabieram ze sobą płetwy do pływania sportowego i specjalną rurkę – tłumaczy.

Na wyprawy rowerowe potrzebny jest odpowiedni sprzęt. Przede wszystkim chodzi o rower i sakwy, ale też namiot, śpiwór, kuchenkę itd. Za sprzęt płaci się raz, a korzysta przez lata. – Podczas wszystkich wypraw rowerowych staram się zminimalizować ekwipunek. Najważniejszy oczywiście jest rower. Nie warto kupować taniego. Im drożej za niego zapłacimy, tym dłużej będzie nam służył. Rower, podobnie jak samochód, należy oddawać co roku na przegląd i wymieniać niektóre detale. Niektóre prace przy nim można samemu wykonać. Następną rzeczą są sakwy rowerowe, w których można przewozić rzeczy. Do niedawna sakwy rowerowe były bardzo drogie, szczególnie te niemieckie. Bardzo mi się podobały, ale nie stać mnie na nie było. Na szczęście kilka lat temu w Polsce powstała firma, która robi sakwy bardzo dobrej jakości i prawie o połowę taniej. Jedna sakwa kosztuje 265 zł. Kupiłem też miniaturową kuchenkę, poza tym śpiwór, materac, namiot. Tutaj jakość także współgra z ceną, im drożej, tym lepszej jakości. Ale są też rzeczy, na których można zaoszczędzić, np. spodenki do jazdy na rowerze w firmowym sklepie kosztują 50 euro, a w Lidlu można kupić odpowiednie za 9 euro. Z kolei okulary rowerowe kosztują 40 euro, ale można kupić ślusarskie za 5 euro, które też mają specjalną gąbkę, a ich design jest zbliżony do tych rowerowych. Ja jeździłem w takich okularach. Trzeba się też zaopatrzyć w produkty żywnościowe.

Noc na plaży

Dla Damiana Finera wyprawa rowerowa jest równoznaczna z noclegiem na dziko, pod namiotem rozbitym gdzieś na odludziu. Nie każdemu będzie odpowiadała taka forma wypoczynku, ale on nie zamieniłbym namiotu na żaden pięciogwiazdkowy hotel.

– W Wilnie zazwyczaj jeżdżę wzdłuż Wilenki, ale ciągnie mnie gdzieś dalej. Zwiedziłem wszystkie parki narodowe Litwy. Największe wrażenie wywiera jednak na mnie spanie nad morzem. Chociaż nie jest to do końca zgodne z prawem, ale jeśli nocuję na plaży, to tylko tam siedzę lub śpię. Żadnego biwakowania. Nawet sakw z roweru nie zdejmuję. Po prostu przychodzę na środek plaży, rozkładam materac i tak siedzę. Kiedy już nadchodzi noc, wyjmuję śpiworonamiot. To taki worek, do którego wkładam materac ze śpiworem, wchodzę do niego, a nad głową mam malutki stelaż, 30 cm, który pozwala nieco unieść głowę – opowiada.

Największą zaletą podróży rowerowych jest stały kontakt z przyrodą. Od natury nie oddziela nas szklana szyba samochodu i nie zagłusza jej warkot silnika. Możemy za to poczuć delikatny ciepły wiatr na naszej skórze, zapach sosnowego lasu czy wiosennych kwiatów, a także usłyszeć muzykę w postaci odgłosów zwierząt.


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 37(106) 11-17/09/2021