Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Cezary Łazarewicz (ur. 6 lipca 1966 r. w Darłowie) – dziennikarz prasowy i publicysta. Jego reportaż „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” (2016) to książka bardzo mocna. Dobrze, że powstała. Jest swoistym zapisem bezprawia, jakie panowało w tamtych trudnych też dla Polaków i dla Polski czasach. W 2017 r. książka została nominowana do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego i zdobyła Nagrodę Literacką „Nike”.
| Fot. FACEBOOK

Zamordowanie maturzysty Grzegorza Przemyka w maju 1983 r. wstrząsnęło społeczeństwem polskim, wychodzącym powoli z koszmaru stanu wojennego. Bieg kolejnych lat, istotne przemiany w życiu społecznym politycznym i gospodarczym Polski przyćmiły nieco tę zbrodnię. Gdyby nie pasja Cezarego Łazarewicza, gdyby nie jego genialna książka, wiedzielibyśmy o tym wciąż za mało. „Kurier Wileński” rozmawia z dziennikarzem i pisarzem.


Reportaż „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” przypomina jedną z najgłośniejszych zbrodni PRL, zbrodni nieukaranej. Potworną historię mordu dokonanego na młodym warszawskim maturzyście Grzegorzu Przemyku. Został on zatrzymany przez patrol milicyjny 12 maja 1983 r. na pl. Zamkowym w Warszawie, dwa dni później pobity dotkliwie przez milicjantów, zmarł w szpitalu. Tytuł reportażu autor zaczerpnął ze zdania pochodzącego z akt, wypowiedzianego przez milicjanta: „Bić trzeba było w brzuch, żeby nie było śladów”.
Przypomnijmy – jest rok 1983 r., w Polsce wciąż obowiązuje, mimo zawieszenia, wprowadzony przez komunistyczne władze stan wojenny, mający na celu zduszenie solidarnościowej opozycji. Grzegorz Przemyk wraz ze swoim kolegą Jurkiem wyruszyli na miasto, aby świętować ukończenie szkoły i zdanie matury. Radosne zachowanie i chłopackie wygłupy ściągają na nich uwagę milicyjnego patrolu. Rutynowa kontrola kończy się zatrzymaniem i przewiezieniem na komisariat, na którym Przemyk zostaje śmiertelnie skatowany.
19 maja na mszę w intencji Przemyka oraz na jego pogrzeb na warszawskich Powązkach przybywają tłumy. Przez kraj przetacza się fala oburzenia na brutalność milicji.
Zaczyna się manipulowany proces. Komunistyczny reżim usiłuje obarczyć winą pracowników pogotowia, którzy zostali wezwani do skatowanego Przemyka. Zmusza też jedynego świadka zdarzenia, kolegę Grzegorza, do zmiany obciążających milicjantów zeznań. Jest on inwigilowany, zastraszany i poddawany nieustannym manipulacjom. Kłamstwa pociągają za sobą następne. Wielu niewinnych ludzi zostaje wciągniętych w tę machinę.

Dlaczego wrócił Pan do tej sprawy po 30 latach, kiedy emocje niemal już umilkły?

Ta sprawa była zawsze dla mnie ważna. Ona mnie kształtowała, w tamtych latach byłem niewiele młodszy od Przemyka. Nam, młodym z lat 80., w głowie się nie mieściło, że można tak w tej sprawie pokręcić, aby wskazać na zupełnie innych niewinnych ludzi niż ci, którzy Grzegorza śmiertelnie pobili. Ta sprawa we mnie „siedziała” przez te dziesiątki lat. I po 30 latach, jak poszedłem szukać akt w IPN, trafiłem na dokument przygotowany przez ludzi, którzy doradzali ówczesnemu ministrowi spraw wewnętrznych Czesławowi Kiszczakowi, w jaki sposób można odwrócić winę od milicjantów i przerzucić ją na kogoś innego. Ten dokument był z maja 1983 r., proponowane w nim były trzy drogi: pierwsza to sanitariusze, druga to matka, trzecia to najbliżsi koledzy Grzegorza. Na te osoby próbowano zrzucić winę. Gdy czytałem ten dokument, wróciły we mnie emocje i postanowiłem napisać taką historię kłamstwa.

Ten dramat nie dotyczył anonimowych postaci. Co prawda Grzegorz Przemyk był młodym, dobrze zapowiadającym się poetą, ale jednak jednym z tysięcy warszawskich licealistów. Tymczasem jego matką była Barbara Sadowska, poetka od dawna związana z opozycją. Powszechne było wtedy przekonanie, że śmierć jej syna nie jest przypadkowa. Mówiło się, że chodzi o zemstę na matce za jej zaangażowanie w antykomunistyczną działalność.

To prawda, że to wtedy wydawało się nieprzypadkowe, zwłaszcza że na którymś jej przesłuchaniu przed śmiercią Grzegorza (kiedy było wiadomo, że matka Przemyka jest poważnie chora) jeden z tych esbeków powiedział, cytuję: „No, tobie, Sadowska, już nic zrobić nie możemy, ale twojemu synowi tak”. Kiedy później dowiedziała się o tak straszliwym pobiciu jej syna, wiedziała, że to jest właśnie ta zemsta.
Przygotowując się do napisania tego reportażu, zbierając materiały i czytając je uważnie, wyciągnąłem wnioski, że milicjanci przekroczyli swoje uprawnienia, bili za mocno, brutalnie, bo czuli się panami sytuacji. W pierwszych raportach tych policjantów jest podane błędne nazwisko Grzegorza, oni nie wiedzieli, kim on jest. Dopiero później ktoś zadzwonił na komisariat i powiedział, że matką tego chłopaka jest Barbara Sadowska i że należy ona do Związku Literatów Polskich. I od tego momentu zaczyna się cała historia dalszego postępowania w sprawie. To świadczyło o tym, że cały aparat państwowy – prokuratura, sędziowie, rząd, media – oni wszyscy pracowali nad zatarciem śladów. Oczywiście, zdarzali się tam porządni ludzie, którzy uważali, że tę sprawę trzeba wyjaśnić, ale jak się weźmie pod uwagę, że cały aparat państwa pracował na to, aby uchronić dwóch czy trzech zomowców, których świerzbiły łapy i którzy powinni za przekroczenie swoich uprawnień zostać ukarani, to wydaje się to nadzwyczaj dziwne. Dziwi też, że machina państwa została wprawiona w ruch trudno powiedzieć w imię czego. Trudno uwierzyć, że tylko po to, aby odsunąć podejrzenia od milicji.

Czytaj więcej: Ballada o Jureczku. Najmłodszy partyzant wileńskiej AK

Na kanwie książki powstał film o tym samym tytule, w kooperacji polsko-francusko-czeskiej, w reżyserii Jana P. Matuszyńskiego, ze świetną obsadą, m.in.: Tomasz Ziętek, Agnieszka Grochowska, Tomasz Kot, Robert Więckiewicz, Aleksandra Konieczna. Premiera „Żeby nie było śladów” odbyła się na 78. Międzynarodowym Festiwalu w Wenecji we wrześniu br., film dostał owacje na stojąco. Na ekrany polskich kin wszedł 24 września. Jest też polskim kandydatem do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy za rok 2021.
| Fot. mat. pras.

Strona warsztatowa pańskiej książki robi ogromne wrażenie. Jest bardzo mocna, czasami przyprawia o skurcze żołądka, gdy się czyta o tym, jak można manipulować całą sprawą i ludźmi, zastraszając ich, zastraszając ich rodziny. Cała ta tragiczna historia opiera się na faktach, bo przebrnął Pan przez 8 tomów i 16 tys. stron akt. Dotarł Pan też do wielu nieznanych dokumentów, np. niepublikowanego dziennika Wiktora Woroszylskiego, znanego literata i historyka, bliskiego przyjaciela Barbary Sadowskiej.

Pomagało mi wielu ludzi dobrej woli, m.in. Natalia Woroszylska, która udostępniła mi ten dziennik, i za to jestem jej bardzo wdzięczny, bo Wiktor Woroszylski, kiedy już opisywał jakiś okres, jakieś wydarzenie, to robił to bardzo szczegółowo – każde spotkanie, każdego człowieka, który był w jakiś sposób dla niego ciekawy. I jemu zawdzięczamy dwie rzeczy: szczegółowy opis pogrzebu Grzegorza Przemyka, w którym Woroszylski sam brał udział, i to, że wygłosił mowę pożegnalną dla Barbary Sadowskiej w 1986 r. Ta mowa zachowała się nie tylko w jego pamięci, ale w dwóch źródłach, w „Tygodniku Powszechnym” i „Tygodniku Mazowsze”, dwóch tygodnikach dających sobie jeszcze radę z cenzurą. To są naprawdę dwa bardzo ważne dokumenty.
Wielu ludzi też dzieliło się ze mną zapamiętanymi wydarzeniami, skrawkami dokumentów, zapamiętanymi słowami. Po Barbarze Sadowskiej zostały właśnie takie skrawki różnych zapisów, nawet na bilecikach, które były kartami wstępu na proces. Robiła takie bardzo osobiste uwagi, z których korzystałem.

Dotarł Pan do ojca Grzegorza, Leopolda Przemyka. To taki cichy, niemy świadek tragedii. On był traktowany marginalnie.

Istotnie. Wszyscy ubolewali nad losem matki, Barbary, a jakby zapomnieli, że jest ojciec, co prawda nieutrzymujący codziennych kontaktów z synem z uwagi na rozpad związku rodziców, ale też cierpiący. Jego widać było w kościele, na wszystkich sądowych zdjęciach. Na niektórych gdzieś się gubi w tłumie, ale on odegrał niezmiernie ważną rolę. On walczył do końca życia o sprawę tego swojego Grześka. On był na każdym procesie i na miesiąc przed swoją śmiercią okazało się, że Leopold Przemyk zwycięża, bo Europejski Trybunał Praw Człowieka przyznał mu rację. Trybunał uznał, że sprawa była w sposób nieodpowiedni procedowana w Polsce, że wymiar sprawiedliwości III RP nie był w stanie jej osądzić, i to w dwóch wymiarach. Po pierwsze, nie udało się skazać sprawców śmiertelnego pobicia Grzegorza Przemyka (co było bardzo trudne, ja sobie zdaję z tego sprawę), po drugie, nie udało się postawić przed sądem tych wszystkich, którzy manipulowali, którzy zacierali ślady (tego ja zrozumieć nie mogę). Bo jak się czyta dokumenty, to widać czarno na białym, kto był odpowiedzialny, kto miał jaki wpływ na ten proces i kto oraz w jaki sposób mataczył i manipulował. Nie mogę zrozumieć, jak polski wymiar sprawiedliwości nie mógł sobie z tym poradzić, kiedy to było jednoznaczne.

Czytaj więcej: Jerzy Giedroyć nie był wrogo nastawiony wobec litewskich Polaków


| Fot. IPN

Zachowało się archiwalne nagranie matki Grzegorza, poetki Barbary Sadowskiej, która opowiada o swoim synu.

Moje dziecko zdawało poprzedniego dnia maturę pisemną. Syn był dobrym uczniem, humanistą, był człowiekiem bardzo pogodnym, ciekawym życia. Sam się kształtował, korzystając z mądrych obserwacji i wyciągając swoje wnioski, bo człowiek musi sam, nikt nikogo nie wychowa. Mieliśmy bardzo dobry kontakt ze sobą, bardzo się kochaliśmy. I kiedy w tym okropnym dniu wracałam z klasztoru św. Marcina, bo po mszy mogłyby być niepokoje i we wszystkich kościołach i klasztorach były punkty medyczne, jak zawsze przeciw gazom, przeciw siłom interwencyjnym. Ja też tam byłam. Kiedy przyszłam do domu, zastałam jednego z kolegów syna, który powiedział mi, że Grześ jest pobity w komisariacie na Starym Mieście, niedaleko katedry. Pojechałam tam, a wspaniali chłopcy sanitariusze stali gotowi i powiedzieli, że pomogą mi go przenieść, bo on nie miał absolutnie władzy w ciele i siły, że mi go zawiozą do domu i zaniosą do mieszkania na noszach. Tak się stało. I Grześ przebył tutaj ze mną całą noc. Cały czas przy nim czuwałam, bardzo go bolało, prosił o mokry ręcznik na brzuch, był jakiś nieswój, przepraszał mnie, że mnie fatyguje. On wiedział, że mam dwie ręce niesprawne. Od paru dni to on mi pomagał, nawet uprał mi spódniczkę dnia poprzedniego, bo wcześniej ja byłam uderzona i miałam obitą jedną rękę, a na drugiej miałam gips (…). To wszystko to jest zbiorowość chorych ludzi, którzy nic nie rozumieją, którzy nie czują, chorych bardzo głęboko. Ja milicjantom może zbyt odważnie w nocy powiedziałam, kiedy tu byli. Powiedziałam, że są narzędziami, że nie mam do nich nienawiści ani żalu, bo nie można mieć żalu do narzędzi. Powiedziałam im, że Polska jest bardzo chora. I jeżeli chcą być milicjantami, bo nie mogą być bokserami, to niech się odwrócą od bandytów, od bestii (…).


Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 39(112) 25/09/-01/10/2021