Więcej

    Przypadki Zbigniewa Zamachowskiego

    Czytaj również...

    Moim życiem najczęściej kieruje przypadek – mówi Zbigniew Zamachowski, wybitny aktor i wykonawca piosenki aktorskiej, który w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” po raz pierwszy zdradza, że już wiosną planuje występy w Wilnie.

    Zbigniew Zamachowskito artysta renesansu. Aktor, piosenkarz, lektor, kompozytor, autor tekstów, prezenter radiowy
    | Fot. archiwum prywatne Zbigniewa Zamachowskiego

    Wróble ćwierkają, że niedługo pojawi się Pan w Wilnie?

    Rzeczywiście, wszystko na to wskazuje, że 26 i 27 marca na zaproszenie Polskiego Teatru Studio dam w Wilnie dwa recitale. Daty nie są przypadkowe, przypadają na zakończenie wileńskich obchodów Międzynarodowego Dnia Teatru „Idy Teatralne ’22”, a moje występy mają uwieńczyć to piękne święto teatru, czym czuję się zaszczycony i wyróżniony. Bliższych szczegółów nie mogę jeszcze podać, trwają ustalenia, nie jest też wykluczone, że goszcząc na Litwie, wystąpię także gdzieś poza stolicą.

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    W jakim repertuarze usłyszy Pana wileńska publiczność?

    To będzie recital, którym świętuję 40-lecie mojej pracy artystycznej. Jeździmy z nim po Polsce, a występowaliśmy też w kilku miejscach za granicą. Wykonuję własne, autorskie utwory, ale także prezentuję interpretacje utworów tak znanych twórców, jak: Osiecka, Przybora, Wasowski, Bukartyk czy Sting.

    Był Pan już kiedykolwiek w Wilnie?

    Byłem raz, jedyny. Prawie 30 lat temu przy okazji występu z Teatrem Studio im. Stanisława Ignacego Witkiewicza z Warszawy. Wystawialiśmy „Wujaszka Wanię” Czechowa w reżyserii Jerzego Grzegorzewskiego. Choć byliśmy krótko, zaliczyłem podstawową trasę turystyczną. Byłem w Ostrej Bramie, w katedrze św. Stanisława, na cmentarzu Na Rossie. Pamiętam też, że z jednej cerkwi zostałem przepędzony przez panią sprzątaczkę, bo wszedłem w zupełnie niewłaściwym momencie. Było zabawnie, wesoło i cudownie. Towarzyszyły mi odczucia, jakie towarzyszą chyba każdemu Polakowi przyjeżdzającemu pierwszy raz do tego pięknego miasta. Z tym większą radością myślę o perspektywie kolejnej wizyty.

    Jest Pan artystą renesansu. Aktorem, piosenkarzem, lektorem, kompozytorem, autorem tekstów, prezenterem radiowym. Czy któraś z tych ról jest Panu bliższa, czy też zmienia się to w różnych okresach życia i raz jest Pan bardziej aktorem, a raz piosenkarzem, dzięki czemu to wszystko się przeplata i ma Pan cały czas poczucie świeżości, braku monotonii, chęci rozwoju?

    Zdecydowanie ten drugi wariant. Muzyka jest czymś, co moje życie zdeterminowało w taki, a nie inny sposób. Jej zawdzięczam, że jestem aktorem. Dzięki piosenkom, które pisałem jako bardzo młody człowiek, trafiłem na festiwal do Opola, a z niego – dzięki cudownemu przypadkowi – do filmu i zdecydowałem się zdawać do szkoły filmowej. Muzyka jest czymś, co mi zawsze towarzyszy, jest tlenem, którym oddycham. Uwielbiam recitale, które wykonuję, bo dają mi sposobność do bezpośredniego spotkania z ludźmi. Rozmawiam z nimi, śpiewam im piosenki i mam nadzieję, że sprawiam radość, którą przy okazji sprawiam też sobie. Natomiast moim głównym zawodem jest jednak aktorstwo. A to, że od czasu do czasu robię jeszcze to i owo, czyli np. prowadzę audycje w radiu, to jest taki bonus, który się trafił, bo przecież nasze życie to niekoniecznie są nasze wybory.

    Ciekawa teoria, proszę rozwinąć.

    Niektórzy myślą, że są kowalami swojego losu. Ja raczej jestem skłonny hołubić tezę, że przy olbrzymiej ilości wyborów, których dokonujemy, życiem kieruje jednak najczęściej przypadek. W życiu każdego z nas jest ich multum. Jak choćby z moim prowadzeniem audycji w radiu, w której prezentuję muzykę filmową. Tą muzyką interesowałem się w sposób szczególny od zawsze, mam pokaźny zbiór płyt, ale o tym, że mogę się nimi dzielić ze słuchaczami na antenie, zdecydowała seria przypadków, podobnie jak i o tym, że w marcu przyjadę do Wilna. Przypadek określa trochę moje życie, dlatego i książka, która niedawno się ukazała i o nim opowiada, nosi tytuł „Zbyszek przez przypadki”.

    Kiedy zamykam oczy i myślę: Janusz Gajos, widzę Janka Kosa z „Czterech pancernych i psa”. Kiedy myślę: Stanisław Mikulski, widzę kapitana Klosa i „Stawkę większą niż życie”. Ale kiedy myślę: Zbigniew Zamachowski, widzę całą masę postaci, ale żadnej jednoznacznie charakterystycznej. To dobrze czy źle z punktu widzenia aktora?

    Nie wiem, jak z punktu widzenia aktora, z mojego punktu widzenia to absolutnie dobrze. Zawsze dbałem i cały czas dbam o to, żeby nie dać się zaszufladkować. Te postacie, o których pan mówi, pewnie są radością, ale też zmorą tych wspaniałych wymienionych aktorów. Wiem od Janusza Gajosa, że z postacią Janka Kosa musiał zmagać się wiele lat, żeby z niej wyjść i próbować zagrać cokolwiek innego. Pan Stanisław Mikulski, którego miałem okazję poznać, nigdy nie wyzwolił się z Klosa i pewnie wiele ról, które mógłby zagrać, mówiąc kolokwialnie, przeszło mu przez to koło nosa. Ja przy doborze ról i swoich działań zawodowych dbam, by była to pewna różnorodność, żeby nie dać się wmontować np. w jakiś serial, który by mnie dookreślił jako jedną jedyną postać, z której miałbym kłopot się wydostać poza image, który by jej towarzyszył.

    Z ról filmowych któraś jest dla Pana szczególnie ważna, którąś szczególnie Pan ceni?

    Zdecydowanie „Biały” i „Dekalog X”, to są takie dwa filmy, które naznaczyły moje zawodowe życie. Ich reżyserowi Krzysztofowi Kieślowskiemu zawdzięczam, że pracuję za granicą czy w zagranicznych produkcjach kręconych w Polsce. On jest niezwykle ceniony i znany na całym świecie. Kilka tygodni temu byłem gościem na Festiwalu Kina Arabskiego w Egipcie, a powodem była przypadająca 80. rocznica urodzin Krzysztofa, któremu poświęcono wielką wystawę, prezentowano jego filmy. Natomiast jeśli pyta pan o sympatię i rolę, którą najbardziej lubię – a myślę, że jeśli ma się dystans do tego, co się robi, to można lubić – to jest to rola Tomasza Siwka w filmie „Zawrócony” Kazimierza Kutza.

    Czytaj więcej: Pokochałem stare polskie kino

    Ważną rolą w pańskim dorobku wydaje się też Wołodyjowski w ekranizacji „Ogniem i mieczem” Jerzego Hoffmana.

    O Wołodyjowskim moglibyśmy gadać długo. Dla mnie to przeżycie absolutnie kosmiczne. Jako młody chłopiec oglądałem w telewizji kolejne odcinki „Przygód pana Michała”, bo taki tytuł nosił emitowany jeszcze w latach 60. czarno-biały serial. Potem wybiegaliśmy z kolegami na podwórko, każdy miał przygotowany jakiś kijaszek, okładaliśmy się nimi i naprawdę każdy chłopiec chciał być Wołodyjowskim. Ani wówczas, ani nieco później, oglądając „Potop” z genialną rola Tadeusza Łomnickiego jako Wołodyjowskiego, do głowy by mi nie przyszło, że kiedyś go zastąpię. To jakiś dar od losu. Wiążą się z nim też różne moje przygody z jazdą konną, która nigdy nie była moją pasją. Miałem z nią kłopot, który musiałem pokonać, i to też jest fantastyczne.

    Pierwsze próby małego Zbyszka przy pianinie
    | Fot. archiwum prywatne Zbigniewa Zamachowskiego

    Dużej popularności przydał Panu Dudek w „Pułkowniku Kwiatkowskim”.

    „Pułkownik…” wpisuje się w zbiór mojej przyjaźni z Kazimierzem Kutzem, z którym zrobiłem kilkadziesiąt różnych prac. Jest szczególnym dla mnie filmem, ponieważ towarzyszyła mu wprost niezwykle życzliwa i świąteczna atmosfera podczas kręcenia. To film drogi, robiliśmy go w maju, ciągle wyjeżdżaliśmy poza Warszawę. Spotkanie na planie dwóch panów, grającego tytułową rolę Marka Kondrata i właśnie Kazia Kutza, obfitowało w jakąś nieprawdopodobną ilość anegdot i opowieści o ludziach filmu i teatru. Do tego stopnia, że mniej pamiętam, jak kręciliśmy ten film, a bardziej nasze cudowne rozmowy i biesiady między ujęciami.

    Świetne recenzje zebrał Pan za użyczenie swojego głosu Shrekowi w polskiej wersji językowej tego przeboju.

    Kolejny cudny dar od losu. Ja raczej unikałem dubbingu, bo jest dosyć żmudnym zajęciem, choć obecnie dzięki technice już dużo łatwiejszym. Przygodę z dubbingiem zacząłem od filmu „Stewart Malutki”, dając głos małej myszce, co bardzo się spodobało moim dzieciom, i tego Shreka wziąłem z myślą właśnie o nich. Ale jak zobaczyłem, co to jest za film, jaki to jest język, jaki to jest rodzaj bajki – nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych – to zwłaszcza mając u boku jako partnera Jerzego Stuhra, nie mogłem powiedzieć, że nie jestem z tego powodu szczęśliwy.

    We wspomnianej książce „Zbyszek przez przypadki” znalazłem kilka „litewskich” wątków w Pana życiorysie. W filmie „Persona non grata” z 2015 r. grał Pan bogatego Żyda z Kowna. Podkreśla Pan, że ta praca była dużym przeżyciem osobistym.

    Ten film nie był kręcony na Litwie. Amerykanie i Japończycy – bo reżyser był Japończykiem i film był japoński – przyjechali kręcić do Polski. Litwa była prawdopodobnie droższa dla producentów, natomiast plenery i zaplecze w Polsce – odpowiednie. Kręciliśmy w kilku lokalizacjach, np. dworzec w Świebodzinie imitował, jak pamiętam, dworzec w Kownie. Historia przedstawiona w tym filmie jest zupełnie niezwykła i myślę, że niewielu widzów w Polsce wie, że w Kownie działał japoński konsul, który uratował życie tak wielu Żydów. Gdy przeczytałem scenariusz, okazało się, że moja postać to ojciec wielodzietnej rodziny, a wśród jego dzieci jest córka w wieku mojej najmłodszej Bronki, i poprosiłem, by to Bronka tę postać zagrała. Reżyser się z nią spotkał, a że jest podobna do mnie, to się ucieszył, bo to zawsze dodatkowy bonus filmowy. Na planie kręciliśmy scenę wypędzania z kamienic rodzin żydowskich, w bardzo długim ujęciu. Od momentu, gdy żandarmi tłuką kolbami w drzwi, gdy pędzimy schodami, po wyjście z kamienicy. Było to niesamowite przeżycie, a emocji dodawało, że byłem z własną córeczką, i ta rzeczywistość była właściwie jeden do jednego. Czasami się zdarza, że filmy fundują nam przeżycia, których się zupełnie nie spodziewamy, zwłaszcza w tak niecodziennych okolicznościach jak obecność najbliższej osoby obok.

    Film „Zmruż oczy” Andrzeja Jakimowskiego kręcił Pan w okolicach Puńska.

    Niezwykłe miejsce i niezwykły czas. Puńsk wprawdzie leży w granicach Polski, ale większość mieszkańców ma pochodzenie litewskie. Ci ludzie byli niezwykle gościnni i otwarci, nie wiem, czy kiedykolwiek i gdziekolwiek indziej, kręcąc film, miałem takie poczucie bezpieczeństwa.

    Przyjechaliśmy, weszliśmy do agrogospodarstwa i na początku byłem trochę skonfundowany, bo wszystko było pootwierane, a my przywykliśmy do tego, że wszystko trzeba chronić. Pan Krakauskas, niezwykły człowiek, zapewnił nam przez ponad miesiąc gościnę. Jedliśmy fantastyczne potrawy litewskie, spijaliśmy trunki, do tej pory mam zamiłowanie do suktinisu. Jest jednym z moich ulubionych, choć mocny i właściwie nie wiem, czy jest likierem, czy jakąś wyjątkową mieszanką ziół.

    Czytaj więcej: „Historia pierwszej w Europie Konstytucji”. „Garnizon Nowa Wilejka” tworzy film edukacyjny

    Jakoś nie wyobrażam sobie Pana w roli emeryta, tymczasem Pan twierdzi, że już mógłby nim być, czytać książki, oglądać filmy i się nie nudzić.

    Podtrzymuję to zdanie. Czuję się trochę przepracowany. Pauza, którą nam zafundował covid-19, pokazała, że bez takiej intensywności pracy naprawdę można żyć. Nadrobiłem braki w czytaniu książek, w oglądaniu filmów, słuchaniu muzyki i ten nieprawdopodobny pęd już mnie tak nie kręci. Mam nadzieję, że nie mam syndromu wypalenia zawodowego, ale z wiekiem nie mam też już takiej potrzeby pędzenia i zdobywania kolejnych wierzchołków. Ta intensywność pracy powoli zaczyna mi doskwierać. Z chęcią bym sobie ten zawód smakował. I tak sobie myślę, żeby się nauczyć, bo tego trzeba się nauczyć, mówić „nie”. Być asertywnym i tylko wybiórczo robić rzeczy, które naprawdę chce się robić.

    Jaką najważniejszą mądrość nabył Pan przez te 40 lat na scenie?

    Na sformułowanie czegoś takiego mnie pan nie namówi, bo ja w ogóle nie jestem od mądrości. Nie wiem, czy ją nabyłem, ale przez to, że na scenie jestem od jakiegoś 15., 16. roku życia, mam i staram się w sobie kultywować po prostu dystans do tej roboty. Do tego, co robię, jak robię, do sukcesów i do porażek, i to daje mi swobodę. Nie popadłem w rozpacz z powodu gorszych recenzji czy jakichś słabszych opinii na temat swój czy swojej pracy, ani też nigdy nie popadłem w euforię na temat sukcesów, które się też przydarzają i mam nadzieję jeszcze będą przydarzać. Dlatego ten zawód mi ciągle smakuje i spokojnie mogę go wykonywać myśląc o tym, że kiedyś trzeba będzie wiedzieć, jak ładnie powiedział Wojciech Młynarski, „kiedy w szatni płaszcz pozostał przedostatni”.

    [biogram]

    Zbigniew Zamachowski (ur. w 1961 r.), aktor filmowy, teatralny, dubbingowy, lektor, piosenkarz, kompozytor, autor tekstów piosenek. W filmie debiutował rolą w „Wielkiej majówce”. Związany z warszawskim Teatrem Studio, a następnie ze stołecznym Teatrem Narodowym. Dwukrotny laureat Złotej Kaczki, trzykrotny laureat Wiktora, dwa razy nagrodzony za pierwszoplanową rolę męską na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Zagrał ponad 300 ról filmowych, telewizyjnych i teatralnych. Jest wykładowcą piosenki aktorskiej w warszawskiej Akademii Teatralnej.


    Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym „Kuriera Wileńskiego” nr 47(135) 20-26/11/2021

    Reklama (dobiera algorytm zewnętrzny na podst. ustawień czytelnika)

    Afisze

    Więcej od autora

    Już są w ogródku

    Po sensacyjnym zwycięstwie 2:1 nad Argentyną, przed meczem z Polską kibice Arabii Saudysjkiej byli pewni zwycięstwa swojej drużyny. Gdy podchodziłem do nich pod „Education City Stadium” zapowiadali, że wygrają dwa, a niektórzy mówili nawet, że pięć do zera. Po...

    Profesor Jan Miodek: Wilno jest głęboko w moim sercu

    Przyczynkiem do naszego spotkania z prof. Miodkiem, ulubionym językoznawcą kolejnych pokoleń Polek i Polaków, stało się wydanie felietonów jego autorstwa, zebranych w tomie „Polszczyzna. 200 felietonów o języku”. Umówiliśmy się na Uniwersytecie Wrocławskim. W przepięknym gmachu Instytutu Filologii Polskiej,...

    ORP „Orzeł” powraca. W kinie i literaturze

    Jak to się stało, że rola w filmie popchnęła Pana, aktora, do stania się jednym ze współtwórców wznowionej książki o niezwykłych dziejach legendarnego polskiego okrętu podwodnego ORP „Orzeł”? Jestem typem aktora, który kiedy dostaje do zagrania jakąś rolę zakorzenioną historycznie,...

    Kosztowna pomyłka kapitana

    Jeszcze na długo przed pierwszym gwizdkiem australijskiego sędziego Chrisa Beatha było wiadomo, że na zdecydowanie większe wsparcie kibiców liczyć będą mogli Meksykanie. Ich sympatyków przystrojonych w efektowne sombrera spotyka się na ulicach Dohy co krok, a na niezwykle oryginalnym,...