Wielkie emocje, sukces NBA
Mecz w hali Frost Bank Center w San Antonio zakończył się zwycięstwem przyjezdnych 94:90 a cała seria 4:1. Najwięcej punktów dla drużyny nowojorskiej zdobył Jalen Brunson, bo aż 45 (do tego 3 zbiórki / 3 asysty / 3 przechwyty), Josh Hart zaliczył double-double (13/11), po 10 zbiórek dorzucili Karl Anthony Towns (ale tylko 2 punkty i 6 fauli) oraz Mitchell Robinson. W San Antonio Spurs najwięcej punktów zdobył rezerwowy Dylan Harper (25), Victor Wembanyama do 19 oczek dorzucił 14 zbiórek i 5 bloków. Prestiżową nagrodę dla MVP finałów przyznano liderowi Knicks Jalenowi Brunsonowi.
Nowojorska drużyna zdobyła tytuł po 53 latach przerwy. Tegoroczne finały były najciekawsze od wielu lat, czwarty mecz tegorocznych finałów zgromadził średnio 20,9 mln widzów na kanale ABC, co stanowiło najwyższą oglądalność czwartego meczu finałów NBA od 1998 r., gdy Michael Jordan sięgał z Chicago Bulls po szósty tytuł.
Sukcesowi promocyjnemu i finansowemu towarzyszyły wysoki poziom sportowy i wielkie emocje. Zmagania Teksańczyków z Nowojorczykami były niezwykle zacięte i obfitowały w wiele zwrotów i rekordów. Gdy po dwóch zwycięstwach na wyjeździe ekipa trenera Mike’a Browna przegrała u siebie mecz nr 3 a w meczu nr 4, także w sławnej Madison Square Garden, przegrywała w trzeciej kwarcie 29 punktami, eksperci zaczęli mówić zdecydowanie o przechyleniu szali zwycięstwa na stronę ekipy Mitcha Johnsona. Ostrogi sprawiały o wiele lepsze wrażenie, młoda, wybiegana drużyna rządziła na parkiecie, zawstydzając gospodarzy. I wtedy nastąpiło coś, co dla wielu jest niewytłumaczalne: przewaga drużyny z Teksasu zaczęła topnieć niczym lodowce w apokaliptycznym filmie, by ostatecznie zniknąć zupełnie. San Antonio Spurs przegrało mecz i stan konfrontacji zamiast 2:2 brzmiał 1:3. W historii finałów NBA jak dotąd tylko jednej drużynie udało się odwrócić przy takim stanie losy serii i ostatecznie wygrać. Było to w roku 2016, gdy prowadzeni przez LeBrona Jamesa koszykarze Cleveland Cavaliers pokonali broniących tytułu Golden State Warrios. Historia nie powtórzyła się i już w piątym meczu drużyna Jalena Brunsona postawiła kropkę na „i”, zwyciężając w serii „best of seven” 4:1.
Dlaczego wygrała drużyna niżej notowana?
Przed rozpoczęciem finałów wyżej rozstawieni byli gracze z Teksasu, co dawało im przewagę własnego parkietu (w przypadku rozegrania siedmiu spotkań cztery rozegraliby u siebie). W swoich szeregach mieli wielką gwiazdę, 22-letniego francuskiego wielkoluda (224 cm) Victora Wembanyamę, uznanego za największy talent od czasów M. Jordana, który ma być przyszłością NBA. Ponadto w finale Konferencji Zachodniej gracze z San Atonio pokonali głównego faworyta całych rozgrywek, obrońcę tytułu i najlepszy zespół sezonu zasadniczego, czyli drużynę Oklahoma City Thunder.
Początek każdego meczu zdawał się potwierdzać przewagę Ostróg, które zdecydowanie prowadziły: w pierwszym spotkaniu 14 punktami, w drugim i trzecim — 12, w czwartym — 29 i w piątym — 16, ale wygrały tylko jedno spotkanie. Moim zdaniem zdecydowały dwa elementy: doświadczenie i jednak zmęczenie, choć finały generują nową energię. Dla trenera Mitcha Johnsona, który po pięciu spotkaniach sezonu 2024/25 zastąpił na stanowisku trenera legendę teksańskiej organizacji Gregga Popovicha, i większości czołowych graczy San Antonio to były nie tylko pierwsze finały, ale wręcz pierwsze play-offy. W drodze do finału Knicks rozegrali 14 potkań, Spurs aż 18. Nowojorczycy odpoczywali przed finałami 8 dni, Teksańczycy tylko 3.
Niezwykły przypadek Jeremy’ego Juliusza Sochana
Gdy w 2022 r. syn Anety Sochan i Ryana Keyona Williamsa został wybrany z wysokim, 9. numerem w drafcie przez San Antonio Spurs, rozbudziły się wielkie nadzieje polskich kibiców nie tylko koszykówki. Dobrze mówiący po polsku i wychowywany w polskiej rodzinie (matka i ojczym Wiktor Lipiecki pochodzą z Polski) zdradzał nieprzeciętny talent i mógł realnie snuć plany podboju zawodowej ligi i wzmocnić reprezentację Polski. Pierwszy sezon zdawał się potwierdzać nadzieje, Jeremy został wybrany do drugiej piątki najlepszych rookies (jednoroczniaków) sezonu. Młody gracz (ur. 2003) poprawiał statystyki i wydawało się, że wielka kariera w zawodowym sporcie stoi przed nim otworem. Niestety, w trzecim sezonie coraz częściej zaczęły trapić go kontuzje, nowy trener nie miał do niego takiego zaufania jak Popovich, który był nie tylko trenerem, ale i mentorem Sochana. Sytuacja była coraz gorsza i zawodnik w lutym 2026 r. postanowił zakończyć kontrakt i związać się do końca tego sezonu z nowojorskim Knicks.
W nowym klubie niewiele się zmieniło, Jeremy b. rzadko w ogóle wychodził na parkiet, grał z reguły w tzw. garbage time (końcówki meczów, w których wynik był przesądzony dużo wcześniej). Wyniki meczów play-off doprowadziły do niecodziennej sytuacji: w finale spotkały się oba kluby, w których Sochan grał w tym sezonie. Było wielce prawdopodobne, że bez względu na wynik finału, nasz zawodnik otrzymałby pierścień za zwycięstwo! Zwyczajowo zwycięskie kluby nagradzają także graczy, którzy w trakcie sezonu przeszli do innego klubu, a Jeremy przez ponad trzy sezony budował jednak siłę Teksańczyków. Ostatecznie zwyciężył aktualny klub Polaka i pierścień zawitał na palcu naszego obecnie jedynaka w najlepszej lidze świata, której zwycięzca dumnie zawiesza pod kopułą swej hali flagę z napisem: NBA World Champions.
Kto lepszy: Gortat czy Sochan?
Trzeba uczciwie przyznać, że udział polskiego silnego skrzydłowego w historycznym triumfie Knicksów był symboliczny. Grał ogony od samego początku, a w finałach zagrał jedynie przez… 198 sekund! Tak jak pierścień za mistrzostwo jest bezapelacyjnym sukcesem, tak, jak na razie, porównania z innym polskim koszykarzem w NBA wypadają blado. Center Marcin Gortat nie był tak uzdolniony jak Sochan i został wybrany w 2005 r. w drafcie z dalekim, 57. numerem. Polish Hammer, jak o nim mówiono z czasem, długo budował swoją pozycję w zawodowej lidze, ale ostateczne wyniki budzą szacunek: 11 sezonów, 806 meczów i udział w wielkim finale, w którym jego Orlando Magic ulegli w 2009 r. wielkim Los Angeles Lakers z Kobe Bryantem 1:4. Gortat miał trudne zadanie, bo był zmiennikiem Dwighta Howarda, ale jego występy w finale nie były wstydliwe (zagrał we wszystkich pięciu meczach, notując 16 punktów i 53 minuty na parkiecie). Do dzisiaj kluby NBA korzystają z „Gortat screen”, czyli rodzaju zasłony wymyślonej przez Łodzianina, co jest najlepszą oceną wartości polskiego koszykarza.
Co dalej z polskim jedynakiem w NBA?
Mimo mistrzowskiego pierścienia sytuacja nie napawa optymizmem. Jeremiemu kończy się właśnie kontrakt i będzie musiał twardo walczyć o nowy. Czy zagra jeszcze w barwach klubu z Wielkiego Jabłka? Czy znajdzie miejsce w innym klubie NBA i będzie grać regularnie? Czy jego kariera w najlepszej lidze świata właśnie się skończyła? Najbliższe tygodnie przyniosą odpowiedź na te pytania, ale jedno jest pewne: pierwszy Polak wygrał mistrzostwo NBA i nikt mu tego nie odbierze.



