Bałkański romans na wyciągnięcie ręki — czyli jak Polacy pokochali Czarnogórę

Jeszcze kilkanaście lat temu wakacyjne plany Polaków związane z Bałkanami oznaczały chorwackie „Jadran” i bagażnik pełen prowiantu. Czasy się jednak zmieniają, a wraz z nimi nasze podróżnicze horyzonty. Dziś hitem i nową miłością rodaków stała się Czarnogóra — niewielki, ale niezwykle dynamicznie się rozwijający kraj, który szturmem wdarł się do pierwszej dziesiątki rynków z największą liczbą zagranicznych turystów.

Czytaj również...

Czarnogóra kusi nas spektakularnymi widokami, gdzie monumentalne góry dosłownie kąpią się w szmaragdowym Adriatyku, oraz dynamicznie rozwijającą się infrastrukturą. Ruch turystyczny po pandemii wystrzelił tam w górę niczym korek od szampana, notując gigantyczne wzrosty. Jak to się stało, że ten mały bałkański raj stał się nam tak bliski?

Na wyciągnięcie ręki

Jednym z głównych motorów tego czarnogórskiego boomu jest to, że podróż przestała być logistycznym koszmarem. Zapomnijcie o wielogodzinnej, nużącej jeździe autem przez pół Europy. Dziś do Czarnogóry lata kilka linii lotniczych, oferując bezpośrednie połączenia z dziewięciu różnych miast w Polsce. Niezależnie od tego, czy startujesz z Warszawy, Poznania, Krakowa, Katowic, Gdańska, czy innych regionalnych lotnisk, Czarnogóra jest na wyciągnięcie ręki. Co ciekawe, absolutnie najpopularniejszą trasą jest ta z Lotniska Chopina w Warszawie do Podgoricy. Średni czas lotu w jedną stronę to około dwóch godzin — czyli mniej więcej tyle, ile spędzasz w piątkowym korku w drodze z pracy do domu.

Gdzie bije serce polskiego urlopu?

Naturalnym punktem startowym dla większości jest Podgorica — stolica i najpopularniejsze miasto, w którym masowo lądują polscy klienci linii lotniczych. Stamtąd jednak nasze drogi najczęściej prowadzą nad wybrzeże. Jak zauważa Ana Tripković Marković, dyrektor Narodowej Organizacji Turystycznej Czarnogóry, Polacy mają ogromną słabość do adriatyckiego wybrzeża. Do absolutnych faworytów należą: Budva (będąca również i moją bazą wypadową podczas kilkudniowego czerwcowego pobytu) — miasto tętniąca życiem i będące stolicą czarnogórskiego regionu wypoczynkowego. Kolejnym hitem jest miasto Kotor — z oszałamiającą, przypominającą fiord zatoką (Boka Kotorska) i urokliwym, kamiennym starym miastem wpisanym na listę UNESCO.

I wreszcie Herceg Novi — miasto kwiatów i schodów, idealne na romantyczne spacery. Odwiedziłem ponadto pierwszą stolicę tego pięknego kraju — Cetynię położoną u podnóża masywu Lovćen na wysokości ok. 650 m n.p.m. To dawne jugosłowiańskie miasto-bohater było kolebką czarnogórskiej państwowości i kultury oraz głównym centrum religijnym, a do 1918 r. stolicą tego kraju. Zgodnie z Konstytucją Czarnogóry z 1992 r. ze względu na swoje duże znaczenie Cetynia nosi dziś honorowy tytuł „Stolicy Czarnogóry” („Prijestolnica Crne Gore”). W mieście znajduje się rezydencja prezydenta Czarnogóry, której uroczyste otwarcie miało miejsce 25 listopada 2005.

Choć plaże i nadmorskie kurorty wciąż wiodą prym, Czarnogóra bardzo mocno stara się pokazać nam swoje drugie, nieco bardziej surowe, ale szalenie autentyczne oblicze. Lokalna organizacja turystyczna stawia na zrównoważony rozwój i coraz głośniej zachęca Polaków do porzucenia na kilka dni leżaków i ruszenia w głąb kraju. Polski turysta w Czarnogórze nie jest już więc tylko anonimowym przybyszem — jesteśmy tam ważnym, cenionym i wyczekiwanym gościem. I trudno się dziwić. Skoro można tam dotrzeć w dwie godziny z niemal każdego zakątka Polski, a na miejscu dostać miks Alp, fiordów i Morza Śródziemnego w jednym, to ten bałkański romans po prostu musi trwać w najlepsze.

REP-romans-2026-06-23-3-PORTAL
Wyspa św. Stefana w pobliżu Budvy | Fot. Leszek Wątróbski

Na europejskiej ścieżce

Na Bałkanach droga rzadko bywa prosta. Częściej przypomina serpentynę wykutą w skale — z widokiem na Adriatyk i z pamięcią o burzliwej historii. Taką właśnie trasą idzie dziś Czarnogóra, kraj niewielki, ale dumny, który coraz śmielej stawia krok ku Unii Europejskiej. W Tivacie padła data-symbol: 2028. Po raz pierwszy od lat Europa mówi o rozszerzeniu nie w trybie życzeń, lecz kalendarza. Czarnogóra zna cenę niepodległości. od górskich wspólnot, przez księstwo i królestwo, po rozpad jugosłowiańskiej mozaiki — to państwo uczyło się trwać, nie gubiąc tożsamości. Dziś ten sam instynkt przetrwania zamienia się w konsekwencję reform: praworządność, walka z korupcją, porządkowanie instytucji. Europa odpowiada nowym językiem: „nagrody po drodze” — stopniowy dostęp do rynku, obecność obserwatorów w unijnych instytucjach, uproszczona procedura. Mniej rytuału, więcej treści. Na tym tle ważnie wybrzmiewa rola Polski.

Czerwcowy udział Donalda Tuska w szczycie UE-Bałkany Zachodnie nie był kurtuazją. Polska — kraj, który sam pamięta akcesyjną niecierpliwość — wnosi do rozmowy doświadczenie: jak nie zgubić sensu reform w gąszczu procedur i jak przekuć aspirację w realne członkostwo. To „czerwcowa wizyta” z jasnym przekazem: rozszerzenie jest inwestycją w bezpieczeństwo i stabilność, nie gestem dobrej woli.

Czarnogóra ma też swoje znaki rozpoznawcze, które mówią więcej niż statystyki. Czerwono-złota flaga z dwugłowym orłem przypomina o państwowości i ciągłości. Góry — surowe, niemal pionowe — uczą pokory i uporu. Adriatyk daje oddech i otwarcie na świat. Nawet euro w portfelach (przyjęte bez formalnej umowy z UE) jest tu symbolem pragmatyzmu: gdy droga długa, liczy się każdy krok naprzód. Czy 2028 stanie się datą przełomu? Europa wysyła sygnał, że tak — jeśli reformy pozostaną wiarygodne. Czarnogóra odpowiada ambicją i determinacją. Polska zaś, pamiętając własną drogę, staje obok jako rzecznik rozsądnego przyspieszenia. Na bałkańskiej serpentynie pojawia się więc drogowskaz. Nie obiecuje łatwizny, ale pokazuje kierunek. A to w polityce europejskiej bywa już połową sukcesu.

REP-romans-2026-06-23-4-PORTAL
Kotor, widok na Zatokę Kotorską | Fot. Leszek Wątróbski

Afisze

Więcej od autora

„Pamiętniki, które przywracają dawną Warszawę”. Rozmowa o Leonie Babińskim i jego spuściźnie

O trzeciej części wspomnień Leona Babińskiego opowiadają jej autorzy — prof. Janusz Faryś i prof. Henryk Walczak.

Korespondencja własna z Gruzji. „Muzyka jest wioską, która mówi…”

„Muzyka w Gruzji nie jest domeną estrady, lecz przestrzenią spotkania” — mówi Keti Popkhadze z Kartbani w Kachetii, nauczycielką, animatorką kultury i strażniczką tradycji.