Obóz w Miednikach. „Tysiące zatrzymanych leżały jeden obok drugiego dniem i nocą”

Latem 1944 r. Wilno przeżyło wydarzenia, które do dziś budzą ogromne emocje. Choć miasto zostało wyzwolone spod okupacji niemieckiej, dla żołnierzy Armii Krajowej i mieszkańców Wileńszczyzny był to początek kolejnej, tym razem sowieckiej, okupacji.

Czytaj również...

O dramatycznych losach akowców, obozie w Miednikach i wywózkach do Kaługi opowiada „Kurierowi Wileńskiemu” dr Diana Maksimiuk, pracownik Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Białymstoku.

Ilona Lewandowska: 13 lipca 1944 r. Wilno było wolne od Niemców. Kiedy mieszkańcy zrozumieli, że nie jest to prawdziwe wyzwolenie?

Dr Diana Maksimiuk: Symboliczny moment nastąpił bardzo szybko. Polscy żołnierze AK, którzy brali udział w wyzwalaniu miasta, zawiesili na Górze Zamkowej biało-czerwoną flagę. Ten gest miał ogromne znaczenie — podkreślał, że Wilno wraca do Polski, a AK działa w imieniu legalnego rządu w Londynie.

Sowieci zdjęli ją niemal natychmiast i zastąpili flagą ZSRS. Ten prosty, ale wymowny akt — jak wspominano później — „obnażył intencje Sowietów i kierunek dalszego ich działania”. Wkrótce rozpoczęły się aresztowania i rozbrajanie ujawniających się oddziałów AK.

Dowódca Okręgu Wileńskiego AK, ppłk Aleksander Krzyżanowski „Wilk”, wierzył, że uda się stworzyć polską jednostkę walczącą u boku Armii Czerwonej. 17 lipca przybył na spotkanie z gen. Iwanem Czerniachowskim, dowódcą 3. Frontu Białoruskiego. Zamiast rozmów został aresztowany. Odprawa we wsi Bogusze, na którą zaproszono kadrę dowódczą AK, okazała się pułapką — wszyscy obecni oficerowie zostali zatrzymani i rozbrojeni.

W ten sposób realizowano moskiewską dyrektywę Dowództwa Naczelnego nr 220145 z 14 lipca, nakazującą rozbrajanie oddziałów AK na Litwie, Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainie.

Kto kierował operacją i jak duże siły zaangażowano?

Do Wilna skierowano zastępcę komisarza spraw wewnętrznych ZSRS, gen. Iwana Sierowa, wraz z grupą funkcjonariuszy NKWD. Skala operacji była ogromna. Jak podają źródła, „obok odkomenderowanych do tego zadania formacji Armii Czerwonej brało w niej udział 12 tys. żołnierzy NKWD”. Sierow dysponował dziewiętnastoma grupami operacyjnymi, dwoma batalionami NKWD, dywizją Wojsk Wewnętrznych oraz czterema oddziałami wojsk pogranicznych.

W ciągu kilku dni po aresztowaniu Krzyżanowskiego zatrzymano około 6 tys. rozbrojonych żołnierzy AK z okręgów Wilno i Nowogródek. Ci, którzy próbowali wycofać się do Puszczy Rudnickiej, również zostali w większości zatrzymani.

Krótka radość mieszkańców z wyzwolenia spod okupacji niemieckiej szybko ustąpiła niedowierzaniu, rozczarowaniu i oburzeniu. Za Armią Czerwoną wkroczyły oddziały NKWD — i rozpoczęła się nowa okupacja.

Co stało się z aresztowanymi żołnierzami AK?

Choć na arenie międzynarodowej jedynym uznawanym rządem polskim był rząd w Londynie, Sowieci nie brali tego pod uwagę. Rozbrojeni żołnierze AK — w tym około 650 oficerów i podoficerów — zostali skierowani do prowizorycznego obozu w Miednikach.

Liczba osadzonych jest różnie podawana: od 4,4 tys. do ponad 6 tys. W dokumentach sowieckich zapisano, że w ciągu dwóch dni rozbrojono „7 924 żołnierzy i oficerów, z czego 4 400 zostało odstawionych” do obozu w Miednikach Królewskich. Umieszczono ich „w stajniach i pod gołym niebem”. Około 2,5 tys. zwolniono do domów.

Oficerów kierowano najpierw do więzienia w Wilnie, a następnie do obozów w Riazaniu i Diagilewie. Cennych operacyjnie przekazywano NKWD-NKGB i kontrwywiadowi Smiersz. Wśród osadzonych znalazło się także około 50 kobiet — sanitariuszek i łączniczek.

Jak wyglądał obóz w Miednikach i jakie panowały tam warunki?

Obóz powstał latem 1944 r. na terenie zrujnowanego zamku w Miednikach, 28 km na południe od Wilna. Otoczony drutem kolczastym „kompleks” tworzyły wysokie mury dawnego zamczyska oraz kilka drewnianych baraków, w których urządzono ambulatorium, szpitalik i dowództwo. Sanitariuszki przygotowały prowizoryczną izbę przyjęć i salkę opatrunkową. Kierownictwo sanitariatu objął dr Tadeusz Ginko „Jan”.

Warunki były katastrofalne. Nie było stałego źródła wody — tę dowoziło codziennie 12-15 osadzonych, ciągnąc wozy z beczkami ze studni poza obozem. Brakowało sanitariatów, co doprowadziło do powstania jednej wielkiej jamy, w której gromadziły się fekalia. Latem sprzyjało to rozwojowi much i chorób zakaźnych. Wszawica i tyfus szerzyły się błyskawicznie.

Tysiące zatrzymanych leżały pokotem jeden obok drugiego na gołej ziemi dniem i nocą. Wyżywienie było skrajnie ubogie: „kawałek czarnego suchara i parę łyżeczek jaglanej kaszy rozgotowanej na wodzie bez odrobiny tłuszczu”. Brakowało wody do picia i do mycia. Jedna z weteranek wspominała, że w obozie „polscy partyzanci przeżyli gehennę. […] Ilu ich umarło z głodu i pragnienia — nikt się nie doliczy”.

ROCZNICA-Miedniki-2026-07-16-4
Obóz powstał latem 1944 r. na terenie zrujnowanego zamku w Miednikach | Fot. Marian Paluszkiewicz

Czy mieszkańcy Wileńszczyzny mogli pomóc internowanym?

Mimo zakazów i groźby represji, rodziny żołnierzy próbowały pomagać. Organizowały swoiste pielgrzymki pod mury zamku. W pobliżu obozu powstał drugi, spontaniczny obóz — złożony z bliskich, którzy czekali na okazję, by przekazać żywność, dowiedzieć się o losie internowanych, a czasem pomóc w ucieczce.

Ucieczki rzeczywiście się zdarzały — jedne zakończone sukcesem, inne tragicznie. Byli też tacy, którzy dobrowolnie zgłaszali się do obozu, chcąc uniknąć wcielenia do Armii Czerwonej lub po prostu połączyć się z towarzyszami broni. Ci ostatni szybko przekonali się, że nie była to dobra decyzja.

W obozie prowadzono również werbunek do armii Berlinga. Czy był skuteczny?

Do Miednik przybywali przedstawiciele Polskich Sił Zbrojnych formowanych w ZSRS. Zachęcali żołnierzy AK do wstąpienia do tzw. ludowego Wojska Polskiego. Jednak akcja werbunkowa okazała się całkowitym fiaskiem.

Janusz Hryba „Zawisza” wspominał wizytę mjr. Soroki: „Nie potrafił niczego konkretnego odpowiedzieć. Wprawdzie mówił: „istnieje już rząd polski, ale poza nazwiskiem gen. Berlinga nikogo nie umiał wymienić”. Agitacja była nieudolna, a polszczyzna oficera — „trochę polonizowany rosyjski” — budziła śmiech. Żołnierze AK odpowiadali: „Jesteśmy żołnierzami Armii Krajowej, mamy swoje dowództwo i Rząd Polski w Londynie”.

Zdenerwowany agitator rzucił słynne zdanie: „Nie chatitie w armiu Bierlinga, to budietie kamieni woracziwat!”.

Według danych sowieckich zgłosiło się jedynie 440 szeregowych. Oficerowie gremialnie odmawiali.

rocznica-Miedniki-2026-07-16-3
Obchody 79. rocznicy operacji „Ostra Brama” organizowane przez Polski Teatr „Studio” w Wilnie | Fot. Krzysztof Rojs/IPN

Co stało się z tymi, którzy nie wstąpili do armii Berlinga?

Większość — ponad 4 tys. — wywieziono na Wschód, do Kaługi. Podróż była koszmarem. Akowcy dostali przed drogą soloną suchą rybę i suchary, ale nie dano im wody. „Napchano do wagonu nas tak dużo, że musieliśmy wszyscy stać” — wspominał „Rybak”. W dusznych, zamkniętych wagonach panował fetor, a potrzeby fizjologiczne załatwiano w rogu wagonu.

Transporty liczyły po 50-60 bydlęcych wagonów.

Jak wyglądało życie w Kałudze?

Akowców wcielono do 361. zapasowego pułku piechoty Armii Czerwonej. Pułk liczył około 5 tys. żołnierzy — niemal wyłącznie Polaków. Składał się z kilku batalionów strzeleckich, batalionów szkolnych, batalionu karabinów maszynowych i oddziału dla chorych. Osobny pododdział tworzyły kobiety i lekarze.

Żołnierzy ubrano w sowieckie mundury i poddano intensywnemu szkoleniu połączonemu z indoktrynacją. Próbowano zmusić ich do złożenia przysięgi w języku rosyjskim — gremialnie odmówili. Kobiety zorganizowały dwudniowy „strajk”, nie zgadzając się na zdjęcie orzełków z furażerek.

Po pewnym czasie pułk zaczęto rozformowywać. Część żołnierzy wróciła do Polski, inni trafili do batalionów roboczych i pracowali przy wyrębie lasów pod Moskwą. Praca była ciężka, a warunki trudne.

Czy próbowano uciekać z Kaługi?

Tak, choć było to niezwykle ryzykowne. Szacuje się, że próbę podjęło około 250 osób. Większość została schwytana. Ucieczki traktowano jak dezercję. Kary wynosiły 10-15 lat łagrów.

Relacje mówią o brutalnych pościgach, biciu, szczuciu psami i publicznych „defiladach” pobitych uciekinierów przed całym pułkiem. „Ze wszystkich części ciała broczyła krew” — wspominał „Rybak”.

Jak zakończyła się historia internowanych?

Po zakończeniu wojny trzeba było rozwiązać problem tysięcy Polaków przetrzymywanych w Kałudze. Przyjechała komisja wojskowa od gen. Bułganina, która pozwoliła na indywidualne podania o repatriację. W grudniu 1945 r. część żołnierzy przewieziono do Kirowa, gdzie przemundurowano ich w sorty UNRRA. 10 stycznia 1946 r. przekroczyli granicę w Brześciu.

W Białej Podlaskiej otrzymali zaświadczenia i bilety kredytowe na Ziemie Odzyskane.

Czy po wyjeździe ich dramat się zakończył?

Niestety nie. Ci, którym się udało wrócić, czy to wcześniej w 1944 r. czy później, i czy to na ukochaną Wileńszczyznę, czy do Polski w nowych granicach, nie mogli spać spokojnie. Dla nich nierzadko rozpoczął się kolejny, inny etap represji ze strony NKWD czy polskich organów bezpieczeństwa. Jak napisała jedna z uczestniczek wileńskiej konspiracji „każda z nas przeżyła jakiś ponury okres, ale to już był inny rozdział”.

Afisze

Więcej od autora