Z Krakowa do Wilna dla chorych — stary Żuk i wielkie serca dotarły do celu

Ponad 1 600 kilometrów, dziesięć dni drogi, dziesiątki koncertów i spotkań oraz setki osób, które po drodze dołączyły do zbiórki — tak wyglądała charytatywna wyprawa „Żukiem dla Życia”.

Czytaj również...

Żuk wyruszył 4 września z Krakowa, miasta miłosierdzia, i 13 września dotarł przed Hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie, drugim mieście miłosierdzia, przywożąc nie tylko pomoc, ale przede wszystkim solidarność i przesłanie, że każdy może dołożyć swoją cegiełkę. Celem akcji jest zebranie 350 tys. złotych. W momencie przyjazdu na liczniku było już 260 tys. zł, a organizatorzy zapowiadają kolejne wpłaty i internetowe licytacje.

„Jestem przeszczęśliwy”

Sebastian Jaworowski, członek rodziny hospicyjnej i członek Zarządu Krajowego Stowarzyszenia „Wspólnota Polska”, po dotarciu do Wilna w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” nie krył emocji.

— Trzęsę się cały, mam gęsią skórkę, zobaczcie, naprawdę widać to? Nie mam głosu, nie mam siły, jestem jak te balony wypompowane bez helu. Ale jestem przeszczęśliwy. Dziesięć dni, 1 600 kilometrów, kilkadziesiąt koncertów, wizyty, czasami po kilka koncertów dziennie, po kilka spotkań. Coś niesamowitego, taki kolektyw, zbudowanie takiego zespołu, bardzo różnych ludzi — podkreślał.

Na trasie wyprawy spotkali się ludzie z różnych miejsc i o różnych doświadczeniach. Jednym z nich był Daniel, który dołączył do grupy jako pianista.

— Od Australii, bo Daniel jest z Australii, urodził się tam, korzenie ma greckie, mieszkał w Hiszpanii, potem w Libanie, teraz w Krakowie, dołączył do nas jako pianista. Ale tu każdy dołączał w innym charakterze, a potem okazywało się, że trzeba być mechanikiem, elektrykiem, logistykiem, planistą postojów, noclegów, wyżywienia — opowiadał nam Sebastian Jaworowski.

Wyprawa szybko pokazała, że przy takim przedsięwzięciu każdy musi umieć zrobić coś więcej, niż zakładał na początku. A o luksusach nie było mowy.

— Wyżywienie najczęściej to był hot-dog i kawa i dalej. Ale przeżyliśmy, parę kilo poleciało, to też jest plus. Czego się nie robi dla siostry Michaeli, dla mojej kochanej mamusi, dla całego hospicjum. To jest moja mama duchowa. To nas połączyło i to nas ciągnie, ta energia jest po prostu z góry, bo inaczej byśmy po ludzku tego nie dali rady. Mnóstwo przyjaciół po drodze, za których się modlimy. Przywieźliśmy ich tutaj do Ostrej Bramy, do Jezusa Miłosiernego, z podziękowaniem za to wszystko, co zrobiliście — dzielił się z „Kurierem Wileńskim” Jaworowski.

Żuk dotarł do wileńskiego hospicjum, przywożąc pomoc i solidarność.
Żuk dotarł do wileńskiego hospicjum, przywożąc pomoc i solidarność | Fot. Honorata Adamowicz

Żuk nie chciał się poddać

Nie wszystko jednak szło zgodnie z planem. Największym wyzwaniem okazał się sam bohater wyprawy ponad 60-letni Żuk. Zabytkowy samochód nie zamierzał łatwo pokonać tak długiej trasy.

— Żuk się psuł po drodze. Cała noc walki, części do Żuka to nie jest taka łatwa sprawa. Znaleźliśmy części, panowie nie robili przerw, pracowali po prostu w pocie czoła do godziny 11. Na tym problemy się nie skończyły. Poszły światła, pojawiły się kolejne awarie, różne naprawdę dolegliwości wieku starczego. My mówimy, że nasz Żuk jest jak nasi pacjenci, jest jak nasze hospicjum — po dużych przejściach, jest leciwy, ale ma tyle miłości w sobie, że po prostu warto go szanować i pomagać mu. I to wszystko się wydarzyło po prostu — przyznał nasz rozmówca.

Dziś Żuk jest nie tylko środkiem transportu, ale symbolem całej akcji. Jego historia również zaczęła się od problemów. Początkowo miał wyglądać zupełnie inaczej.

— Problemów nie brakowało, najbardziej przed startem, jak czart podkładał nogi, po prostu skłócał ludzi. Pamiętacie, początek akcji miał być szary. To jest zupełnie inny Żuk, ale pojawili się też ludzie dobrej woli, mnóstwo dobrej pomocy, człowiek, który zechciał go nam sprzedać. Samochód był wcześniej kolekcjonerskim egzemplarzem, wyposażonym m.in. w motopompę i specjalne sanki do jej przewożenia. On był takim kolekcjonerskim cackiem, z motopompą, z sankami do wkładania motopompy, był surowy po prostu, a dobrzy ludzie dali skóry do wybicia — opowiadał Jaworowski.

260 tys. złotych na liczniku

Za wyprawą stał konkretny cel — zebranie 350 tys. złotych na pomoc hospicjum. W momencie przyjazdu do Wilna licznik zbiórki wskazywał już 260 tys., ale organizatorzy podkreślali, że to jeszcze nie koniec.

— Wpłaty nadal wpływają. Jeszcze nie zliczyliśmy tego, co trafiło bezpośrednio na konto Fundacji Aniołów Miłosierdzia. Mamy też mnóstwo licytacji, których nie zdążyliśmy jeszcze przeprowadzić. Będziemy je organizować w internecie — zaznaczył organizator.

Wyprawa dobiegła końca, ale akcja pomocowa jeszcze się nie kończy. Liczenie wpłat, kolejne licytacje i internetowe zbiórki mają przynieść kolejne środki dla hospicjum. Dla uczestników najważniejsze pozostaje jednak to, co wydarzyło się po drodze — ludzie, którzy dołączyli do inicjatywy, okazali pomoc i pokazali, że dzięki wspólnemu działaniu można pokonać nawet 1 600 kilometrów, awarie starego samochodu i zmęczenie.

SPOL-zuk-2026-09-15-2
Po przybyciu przed hospicjum w Wilnie wszyscy obecni wspólnie odmówili Koronkę do Miłosierdzia Bożego | Fot. Honorata Adamowicz

„Życie drugiego człowieka jest zadaniem dla nas”

S. Michaela Rak, założycielka i dyrektor Hospicjum im. bł. ks. Michała Sopoćki w Wilnie, w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” nie kryła wdzięczności. Podkreśliła, że inicjatywa „Żukiem dla Życia” pokazuje, jak ważna jest odpowiedzialność za drugiego człowieka i jak wiele może zmienić wspólne zaangażowanie.

— To właśnie ta przestrzeń pokazuje, że życie drugiego człowieka jest również zadaniem dla nas. Życie jest nam dane, ale jest też zadane — zarówno nasze własne, jak i życie drugiego człowieka. Ta oddolna inicjatywa naszych wolontariuszy zrodziła się z potrzeby poszukiwania środków na działalność hospicjum. Pomyśleli, że właśnie z miasta miłosierdzia, jakim jest Kraków, wyruszą do drugiego miasta miłosierdzia — Wilna. Przemierzając Polskę, chcieli mówić o tym, że miłosierdzie przemienia oblicze ziemi i uszczęśliwia człowieka. Po drodze pozyskują pieniądze, organizują zbiórki, koncerty i spotkania, poruszając różne tematy. Chodzi o to, żeby jak najwięcej osób uwrażliwić na potrzeby drugiego człowieka — powiedziała nam s. Michaela Rak.

Każdy dołożył cegiełkę

Witold Rudzianiec, właściciel wileńskiej restauracji i kawiarni „Sakwa”, również dołożył swoją cegiełkę do akcji, przygotowując dla uczestników wyprawy poczęstunek.

— Myślę, że dzięki takiej cegiełce od każdego z nas, u jednego większej, u drugiego mniejszej — wspólnie budujemy świat, budujemy ciepło i miłość do bliźniego. Dlatego postanowiłem wesprzeć hospicjum i tę inicjatywę. Myślę, że dzięki takim osobom jak siostra Michaela, ale również wszystkim, którzy tutaj pracują i wspierają hospicjum, świat staje się piękniejszy i bardziej ciepły. I wszystko to, co robimy, robimy ku chwale Pana Boga — powiedział nam Witold Rudzianiec.

Po przybyciu przed hospicjum w Wilnie wszyscy obecni wspólnie odmówili Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Był to szczególny moment modlitwy i podziękowania za szczęśliwe zakończenie 1 600-kilometrowej wyprawy oraz za wszystkich, którzy wsparli szlachetną akcję.

Bohaterem akcji „Żukiem dla Życia” był Żuk A-06 z 1962 r. Ma 64 lata i należał do pokolenia samochodów, które przez dziesięciolecia były nieodłącznym elementem codziennego życia w Polsce. Produkowany w lubelskiej fabryce FSC Żuk służył jako samochód dostawczy i użytkowy. W czasach PRL-u przewożono nim niemal wszystko — chleb, listy, materiały, a także ekipy budowlane. Tym razem ten leciwy samochód pokonał ponad 1 600 km, niosąc pomoc w ramach akcji „Żukiem dla Życia”.

Ze względu na wiek i ograniczenia techniczne stary Żuk nie poruszał się autostradami ani drogami szybkiego ruchu. Trasę pokonywał bocznymi drogami, co wydłużało podróż, ale pozwoliło uczestnikom wyprawy dotrzeć do wielu miejscowości i spotkać ludzi, którzy włączyli się w akcję.

Afisze

Więcej od autora