W cieniu liścia, który nie znosi pośpiechu… Muzeum Herbaty w Tbilisi

Do Muzeum Herbaty trafia się trochę przypadkiem. Kilka kroków od Placu Wolności, wśród kawiarni i sklepów z pamiątkami, drzwi niepozornego lokalu nie zapowiadają opowieści o ambicjach imperiów, ludzkiej cierpliwości i liściu, który miał nakarmić cały Związek Radziecki.

Czytaj również...

A jednak — wystarczy przekroczyć próg Muzeum Herbaty Bitadze, by znaleźć się w świecie, w którym historia Gruzji opowiadana jest nie mieczem ani winem, lecz naparem o barwie ciemnego bursztynu. Wchodzących wita zapach suszu — głęboki, lekko ziemisty. Na półkach stoją puszki z epoki sowieckiej, wyblakłe etykiety z dumą głoszące samowystarczalność kraju, który chciał pić własną herbatę. Gospodarz — Giorgi Bitadze — mówi spokojnie, bez patosu. Herbata nie znosi pośpiechu. Najpierw trzeba ją poznać.

Niezwykły liść, który przywędrował z Chin

Historia gruzińskiej herbaty zaczyna się od przemytnika arystokraty. Na początku XIX w. książę Miha Eristawi wrócił z Chin nie tylko z zachwytem nad smakiem herbacianego naparu, ale i z nasionami. Uznał, że wilgotne zbocza Kaukazu, miękkie zimy i mgły przypominają chińskie prowincje herbaciane. W 1847 r. zaparzono pierwsze liście z gruzińskich krzewów.

Prawdziwy przełom przyniósł jednak przypadek historii. Po wojnie krymskiej brytyjski oficer Jacob McNamara trafił do rosyjskiej niewoli, a potem — do Gruzji. Zamiast wrócić do ojczyzny, ożenił się z Gruzinką i wykorzystał wiedzę zdobytą na plantacjach Imperium Brytyjskiego. To on w 1864 r. zaprezentował „herbatę kaukaską” — jeszcze niedoskonałą, lecz obiecującą. Z czasem pojawiły się odmiany Kara-dere, Bogatyr i Zedoban. Gruziński liść dojrzał.

REP_herbata-2026-08-18-1a-PORTAL
Kilka kroków od Placu Wolności, wśród kawiarni i sklepów z pamiątkami, drzwi niepozornego lokalu nie zapowiadają opowieści o ambicjach imperiów, ludzkiej cierpliwości i liściu, który miał nakarmić cały Związek Radziecki | Fot. Leszek Wątróbski

Imperium chciało pić samo

W czasach radzieckich herbata stała się sprawą państwową. Plantacje rosły błyskawicznie — od kilkuset hektarów przed rewolucją do niemal dwóch milionów w połowie XX w. Powstały instytuty badawcze, wyhodowano odmiany odporne na mróz sięgający minus 25 stopni. Brak rąk do pracy rozwiązała pierwsza na świecie maszyna do zbioru herbaty — wydajna, lecz bezlitosna dla jakości liścia. W Muzeum Herbaty opakowania z tamtych lat wyglądają dziś jak relikwie epoki wiary w ilość.

„Smak?” — pyta Giorgi, uśmiechając się półgębkiem. — „Był jaki był. Liczyło się, żeby wystarczyło dla wszystkich”.

Maszyna do zbierania

Nadeszły jednak czasy radzieckie, a z nimi idea samowystarczalnej gospodarki, która od teraz produkować miała jak najwięcej na własne potrzeby. Plantacje zwiększały swe rozmiary, powołany został specjalny instytut badań nad herbatą. Do tego w 1948 r. udało się po raz pierwszy w historii stworzyć sztuczny szczep herbaciany. Niektóre z nich wytrzymywały np. temperatury do minus 25 stopni Celsjusza.

Wielkość plantacji rosła tak szybko, że w niewielkiej republice w krótkim czasie brakować zaczęło wykwalifikowanych zbieraczy. Dlatego też właśnie Gruzja stała się ojczyzną pierwszej w historii – maszyny do zbierania herbaty. Jej osiągi były oszałamiające. Potrafiła ona w godzinę wykonać pracę, którą jeden robotnik wykonywałby przez cały miesiąc! Ale Związek Radziecki zaczął chylić się ku upadkowi. Gdy imperium rozpadło się, gruzińskie plantacje opustoszały i zdziczały. Gruzja nie była w stanie podtrzymywać przemysłu herbacianego. Jej główny rynek zbytu — Rosja, potrzebowała wtedy pieniędzy na znacznie poważniejsze zakupy niż woreczek pachnącego suszu. Po latach jednak wszystko zaczęło wracać do normy.

Początki historii gruzińskiej herbaty sięgają 1847 roku | Fot. Leszek Wątróbski

Upadek i powrót do rąk

Po rozpadzie ZSRR plantacje opustoszały. Fabryki zamknięto, krzewy zdziczały. Gruzja straciła rynek zbytu i niemal całą herbacianą infrastrukturę. Ale liść nie zapomniał, jak rosnąć. Dziś herbata gruzińska przeżywa cichy renesans. W Gurii, Adżarii i Megrelii powstają małe, ekologiczne plantacje. Zamiast maszyn — ręce. Zamiast chemii — słońce i wiatr. Członkowie Georgian Hand-Made Tea Makers Association produkują herbaty czarne, zielone, białe i oksydowane metodami ortodoksyjnymi. Susz trafia do Niemiec, Ukrainy, Mongolii — i powoli wraca na stoły samych Gruzinów.

REP-herbata-2026-08-18-2a-PORTAL
Historia gruzińskiej herbaty zaczyna się od przemytnika arystokraty. Na początku XIX w. książę Miha Eristawi wrócił z Chin nie tylko z zachwytem nad smakiem herbacianego naparu, ale i z nasionami | Fot. Leszek Wątróbski

Herbata gruzińska dzisiaj

Produkowana dziś herbata gruzińska przewyższa jakością tę wytwarzaną kiedykolwiek podczas trwania okresu radzieckiego. Jeśli więc pamiętacie jej smak z czasów PRL-u i nie wspominacie go najlepiej, spróbujcie raz jeszcze, a mile się zaskoczycie! Pojawiło się wiele plantacji ekologicznych. Wielu plantatorów przygotowuje susz jakości premium. Stworzyli nawet stowarzyszenie Georgian Hand-Made Tea Makers Association mające na celu wymianę doświadczeń na temat produkcji herbaty. Skupiają się oni na produkcji ręcznej. Większość zbiorów trafia do takich państw, jak Niemcy, Ukraina, Mongolia, Białoruś i Tadżykistan. Chociaż w Polsce również coraz więcej osób szuka czarnej herbaty gruzińskiej.

W muzealnej herbaciarni filiżanki nie są jednakowe. Każda herbata wymaga innego traktowania. Czarna — dłuższego parzenia, zielona — wody chłodniejszej i cierpliwości. Dzika biała herbata z górskich stanowisk ma smak mgły i wiosennej trawy.

„Gruzińska herbata nie krzyczy” — mówi Giorgi. — „Ona opowiada”.

I rzeczywiście: w jednym łyku jest ambicja imperium, w drugim upór rolników, w trzecim — cisza opuszczonych plantacji. Muzeum Herbaty w Tbilisi nie jest tylko miejscem pamięci. Jest dowodem, że nawet po długim zapomnieniu liść może znów wydać smak — jeśli pozwoli mu się rosnąć we własnym tempie.

Afisze

Więcej od autora

Aleś Zarembiuk: „Jestem przekonany, że Białoruś może być państwem demokratycznym, europejskim i niezależnym”

Leszek Wątróbski: Dom Białoruski w Warszawie jest dziś jednym z najważniejszych miejsc pomocy dla Białorusinów, którzy z powodu represji politycznych musieli opuścić swój kraj. Trafiają tu byli więźniowie polityczni,...

Medyczna Polonia w sercu Gruzji: medycyna jest służbą, niezależnie od granic

Rozmowa z Tatianą Kurczewską, prezes Związku Polonii Medycznej w Gruzji.

20 lat wspólnej drogi. Myślibórz — miejscem, w którym spotykają się Polska i Litwa…

XXV sesja Rady Miejskiej w Myśliborzu rozpoczęła się od niezwykłego akcentu. Zanim radni przystąpili do spraw dotyczących funkcjonowania gminy, w sali konferencyjnej zabrzmiały słowa o przyjaźni, pamięci, wspólnym dziedzictwie i dwóch dekadach budowania polsko-litewskich więzi. Myślibórz, 27 sierpnia 2026 r. Kilka minut po godzinie 13 rozpoczęła się XXV sesja Rady Miejskiej. Przy stole zasiedli radni, obecny był burmistrz Piotr Sobolewski wraz ze współpracownikami. Tym razem jednak pierwsza część obrad miała charakter szczególny. Wśród zaproszonych gości znalazł się Wiesław Wierzchoś — konsul honorowy Litwy w Szczecinie, a od niedawna również Honorowy Obywatel Miasta i Gminy Myślibórz.