„Świat przestaje istnieć”. Tak Polacy nad litewskimi wodami ujarzmiają króla wód!

Można o nich mówić „polska sekta rybacka”. Bo i polska, i rybacka, a i sekta. Mają swój żargon, a nawet wierzenia – np. że trzeba wlać trochę wódki do jeziora, a obłaskawisz „króla wód”. Ale nie tylko. „Rybaczenie” czy „rybałka”, czyli wędkarstwo, wędkowanie jest pasją przenoszoną z pokolenia na pokolenie, o czym przekonują nas rozmówcy.

Czytaj również...

To nie jest żadne formalne stowarzyszenie ani klub sportowy – to spora, całkiem zgrana grupa wileńskich Polaków, których łączy jedno: żeby tylko wyrwać się nad wodę, kiedy jest wolna chwila.

Zapach zanęty – nie mylić z przynętą, zanęta po prostu „przyzwyczaja” ryby do danego miejsca na jeziorze – poranna mgła nad Wilią i to uczucie, kiedy po tygodniu pracy w mieście wchodzi się w zupełnie inny, cichy świat. No i oczywiście wszyscy się znają, mają swój żargon. To wystarczy, żeby zacząć żartobliwie nazywać towarzystwo „sektą”.

Przyjrzeliśmy się, jak zaczynały się przygody wileńskich wędkarzy. Zaczniemy od najbardziej doświadczonych.

Anatol: Emocje były szalone

Dla naszego rozmówcy, Anatola, ta przygoda zaczęła się ponad cztery dekady temu, w zupełnie innych realiach, kiedy nad litewskimi wodami królował jeszcze prosty, domowy sprzęt.

– Zacząłem „rybaczyć” w 1979 r., kiedy miałem 8 lat – wspomina pan Anatol. – Mój ojciec pokazał mi, jak to trzeba robić. Pamiętam, pojechaliśmy wtedy do mojej cioci w miejscowości Orany (lit. Varėna). Ojciec zrobił mi prostą wędeczkę z jałowca, niewielką, żyłka była na końcu nawiązana. Nakopaliśmy robaków i poszliśmy nad jezioro. Ojciec miał drugą, lepszą wędkę – bambusową – przywołuje wspomnienia nasz rozmówca.

To właśnie wtedy, nad brzegiem jeziora pod Oranami, na ten jałowcowy kij złapała się pierwsza ryba.

– Okoń! Nie był wielki, ale na tamten moment emocje były po prostu szalone – opowiada wędkarz.

Pytamy, co na to żona, czy miała coś przeciwko nowemu zapałowi. Ta od początku wspierała tę pasję – w końcu świeża ryba trafiała wprost na patelnię. Z czasem dziecięca zabawa przerodziła się w styl życia. Na pytanie, dlaczego akurat wędkarstwo, a nie np. pszczelarstwo czy inne hobby, odpowiedź jest prosta.

– No, wciągnęło mnie to. A na pszczoły to trzeba nie w mieście mieszkać, u mnie nawet myśli takiej nie było.

Dziś pan Anatol najchętniej wybiera feeder i spokojne przesiadywanie nad brzegiem. Feeder (od angielskiego słowa „feed” – karmić) to specjalna metoda łowienia ryb. Dla większości „rybałka” to zarzucenie wędki i wyciąganie, gdy spławik pójdzie pod taflę wody. W przypadku feedera zamiast spławika rzuca się skrzynkę z zanętą przyciągającą ryby oraz z haczykiem obok. Gdy ryba bierze, szczytówka wędki – czyli sam wierzchołek – drży i wiadomo, że można wyciągać.

Brzmi skomplikowanie? Dla pasjonatów to odpoczynek!

– Na „rybałkę” jeżdżę przede wszystkim odpoczywać. Podoba mi się czas spędzać w spokoju: siedzę, medytuję w ciszy, patrzę na piękny krajobraz i łowię ryby – rozmarza się Anatol. Nie odstrasza go nawet zimowy mróz.

Niektórzy wędkarze mogą pochwalić się całymi dekadami w „branży” (zdjęcie z 2013 r.) | Fot. archiwum prywatne rozmówcy

Łowić ryby w Oświu

Po raz pierwszy na lód wszedł po wojsku z kolegą Markiem i od tamtej pory zimowa „rybałka” stała się stałym wydarzeniem w roku. Co ciągnie człowieka na zamarznięte jezioro przy kilkunastu stopniach na minusie?

– Hazard! Mróz! Na lodzie możesz podejść na wodzie, gdzie chcesz, w jakie chcesz miejsce i tam łowić.

I choć przez lata łowił w różnych miejscach, serce zawsze wraca w te same strony.

– Rzeka Wilia. Jak tylko jestem „na wiosce”, to każde „wychodne” idę tam łowić. A oprócz Wilii są też inne ulubione miejsca… Rejony święciański i malacki. Jest takie jezioro Nikajis – bardzo ładne, piękne miejsce i przyroda wspaniała. No i oczywiście Oświe. Najdłuższe jezioro na całej Litwie – opowiada.

Od kijka z jałowca do nowoczesnego sprzętu

Wędkarstwo na Litwie mocno się zmieniło od czasów jałowcowego kija. Kiedyś przepustką nad wodę były karty wyrabiane w Sowieckim Towarzystwie Myśliwych i Wędkarzy, a sprzęt zdobywało się „sposobem”. Dzisiaj wejście w to hobby jest prostsze.

– Jeśli ktoś jest całkowicie zielony i chce zacząć łowić na Litwie, sprawa jest prosta – tłumaczy wędkarz. – Najpierw telefon: wchodzisz na ALIS [System Wydawania Pozwoleń Ekologii, lit. Aplinkosaugos leidimų išdavimo sistema – przyp. red.], kupujesz pozwolenie za parę euro i głowa czysta przed „aplinkosaugą” [służbami ochrony środowiska – przyp. red.]. Ale najważniejsze – na pierwszy raz pojedź z kimś, kto już umie łowić. On pokaże, jak zawiązać haczyk i założyć robaka. Nie kupuj drogiego sprzętu. Weź prostą wędkę, pojedź z kolegą nad jezioro i zarzuć. Jak poczujesz pierwszą rybę na wędce, od razu zrozumiesz, o co w tym chodzi! – zachęca rozmówca.

Sprzęt w ciągu dekad się zmienił. Ale zmianie uległo także podejście ludzi do wody i do samej „rybałki”.

– Przyroda jaka była ładna, taka i została – zauważa pan Anatol. – Ale sam „podchód” do łowienia i te wszystkie sprzęty – no absolutnie wszystko się zmieniło! Dzisiaj rybę złapać wcale nie jest łatwiej. Kto umie łapać, ten i wtedy złapał, i teraz złapie. Tylko różnica taka, że kiedyś najczęściej rybę brało się do siatki, a teraz coraz więcej ludzi po prostu „odpuszcza” to, co złowi. No i ochrona środowiska mocniej pilnuje, to i ryb w wodzie trochę przybyło.

Co sam sądzi o „odpuszczaniu”? – Coś tam „odpuszczam”, a coś i do domu wezmę usmażyć, bo dzika ryba jest po prostu bardzo smaczna. Najlepsza? Zakręcona mocno do folii [aluminiowej – przyp. red.], dobrze przyprawiona i położona prosto na gorące węgle z ogniska. Nic smaczniejszego nie ma!

– W jednej sekundzie zapominasz o robocie, o bolących plecach i że stoisz w mokrych butach. Czujesz taką adrenalinę, jakby cały świat przestał istnieć. Dla tej jednej sekundy warto pół życia nad wodą przesiedzieć!

Oczywiście najbardziej cieszą osobiste rekordy | Fot. archiwum prywatne autora

Rytuały nad wodą i wodny król

Warto przyjrzeć się samemu towarzystwu. Choć wędkarstwo kojarzy się z indywidualnym przesiadywaniem z wędką, wileńscy pasjonaci tworzą zgraną paczkę. I to nie tylko przez wspólne hobby.

– No pewnie! Wędka to jedno, ale my przecież normalne ludzie – mówi Arnold Antropikas.

– Czasami skoczymy razem na piwo, pogadamy nie tylko o rybach, ale i o życiu. A jak jest okazja, jakieś urodziny czy święto, to i na balu się spotkamy, pohulamy całą kompanią. Łączy nas po prostu dobre koleżeństwo – jak już z kimś odsiedzisz tyle nocy nad wodą przy jednym ognisku, to i w mieście zawsze jest o czym pogadać.

Nie brakuje im też własnych tradycji, zwyczajów, a nawet starodawnych przesądów przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Inny rybak, Waldemar Juchniewicz, dzieli się „wierzeniami rybaków”.

– Dobrym znakiem jest wyjechać z domu tak, żeby absolutnie nikt ci nie życzył udanej „rybałki” ani nie powiedział: „dobrej ryby” – zaznacza Waldemar Juchniewicz.

Nad samą wodą wchodzą już w grę jeszcze dawniejsze rytuały, co podkreśla Ewald Olechnowicz, również należący do tej samej „sekty rybackiej”.

– Niejeden stary rybak o nich wie. Jest taka legenda, że na dnie każdego jeziora mieszka u nas tzw. wodianoj, czyli wodny król – opowiada Ewald Olechnowicz.

– Rytuał polega na tym, że jak przyjeżdżasz nad wodę, trzeba trochę ulać mu alkoholu do jeziora. Wtedy wodianoj robi się dobry i zaczyna się udane branie. Drugi podstawowy przesąd to trzy razy splunąć na przynętę przed zarzuceniem kruczka. No i żeby mieć dobre branie przez cały dzień, pierwszą rybę powinno się odpuścić, jaka by wielka nie była. Choć jak ktoś złapie giganta, to mało kto się na to decyduje!

Młodzi rybacy podkreślają jednak, że w tym wszystkim najważniejszy jest reset od codzienności.

– Jest takie powiedzenie, że czas spędzony na „rybałce” nie wlicza się do dni życia – czyli im więcej tam przesiadujesz, tym dłużej będziesz żyć. Dla mężczyzny to przede wszystkim odpoczynek, bliskość z przyrodą i spokój od codziennej rutyny – dodaje Ewald.

Szybziki, fiodary i biździluszki

Jak każda zgrana paczka, wileńscy wędkarze mają swój własny styl rozmawiania i słownictwo, które dla kogoś z zewnątrz może brzmieć tajemniczo. I jak większość żargonów na Wileńszczyźnie, czerpie całymi garściami z wielu języków.

– Mamy swoje własne określenia – przyznaje Waldemar Juchniewicz.

– Na przykład taka mała „biździluszka” to u nas stoper albo karabinek. Małe rybki, które tylko przeszkadzają złapać coś większego, nazywamy „szybziki”. Mamy też własne nazwy na sprzęt – wędka do łowienia z dna to dla nas „fiodar”. Ale tak samo „fiodarem” nazywamy dużego leszcza.

Choć nad wodą każdy marzy o złowieniu ryby życia, w tej wileńskiej grupie nie ma miejsca na zazdrość.

– Nigdy nie miałem w sobie zawiści, zawsze cieszę się razem z innymi – podkreśla Ewald Olechnowicz.

– Często jest tak, że największe szczęście mają początkujący. Mogą nie mieć profesjonalnego sprzętu, a bardzo często obławiają starych rybaków! Z mojej strony jest zawsze tylko wsparcie i kibicowanie, niezależnie od tego, kto wyciągnie największą rybę dnia.

Ewald ledwie ma za sobą pierwszy raz z wędką — ale już wie, że nie ostatni | Fot. archiwum prywatne rozmówcy

Ewald: Szalone emocje!

Zaczepiliśmy też całkiem świeżego rybaka w najciekawszym w „karierze rybaka” momencie – podczas pierwszego połowu.

– Na początku jechałem tak po prostu – pogadać, poprzebywać na świeżym powietrzu. Sam nic nie umiałem: ani jak kruczek [haczyk – przyp. red.] przywiązać, ani jak prawidłowo wędkę zarzucić. Wszystko na miejscu mi pokazali. Ale jak złapałem pierwszą rybę, to były szalone emocje! – pochwalił się w rozmowie z „Kurierem Wileńskim” Ewald Jodko.

Warto zauważyć, że „szalone emocje” to jest dokładnie to samo, co wcześniej przywoływał nasz rozmówca Anatol, gdy opisywał pierwszą „rybałkę” w 1979 r. Widać pewne rzeczy są niezmienne.

– Najtrudniej jest wysiedzieć na miejscu, jak nic nie „kluje” [nic nie bierze – przyp. red.], a jeszcze i komary kąsają. Wciągnęło mnie to uczucie, kiedy wędka zaczyna „chylać się” [giąć się – przyp. red.] w rękach i czujesz, że na drugim końcu coś jest. I ta cisza nad wodą, żarty, odpoczynek – wspomniał nasz rozmówca.

– Myślę, że to dopiero początek! Parę dni minęło, a ja już myślę, żeby wędkę kupić i sprawdzam, jaka będzie pogoda. To jest taki dobry wypoczynek od pracy i superowe spędzanie czasu razem z przyjaciółmi na, jak to mówimy, „rybałce” – zaznaczył.

Wniosek prosty – lato się jeszcze nie skończyło, warto z pogody korzystać. Najlepiej nad wodą!

Roland Antropikas


Artykuł powstał w ramach praktyk w redakcji „Kuriera Wileńskiego” (dziennikarz prowadzący praktyki: Apolinary Klonowski).


Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 33 (95) 22-28/08/2026

Afisze

Więcej od autora

ZPiT „Rudomianka” podbija Wielkopolskę [Z GALERIĄ]

Festiwal ten ukazuje folklor jako ważny element dziedzictwa kulturowego, będący nośnikiem historii, zwyczajów i wartości przekazywanych przez kolejne pokolenia. Festiwal ma na celu budowanie wzajemnego szacunku oraz otwartości na...

Festiwal młodych talentów „INIZIO” w Oniksztach

Festiwal „Inizio” („Start”) to jedyny tego rodzaju festiwal, który po udanym debiucie odgrywa niezwykle ważną rolę w karierze młodych artystów. Daje on początkującym solistom możliwość zdobycia doświadczenia scenicznego, doskonalenia...

Migawki z 31. Festiwalu Kultury Kresowej w Mrągowie [GALERIA]

Temat na łamach „Kuriera Wileńskiego” już opisywaliśmy i do tematu jeszcze wrócimy, aby przybliżyć Czytelnikom tegoroczne wyzwania i atmosferę, jaka towarzyszyła naszym artystom z Litwy i nie tylko.https://kurierwilenski.lt/2026/08/16/mragowo-po-raz-31-stolica-kultury-kresowej/Zdjęcia wykonał...