Rajmund Klonowski: Kościół Świętego Ducha nie okazał się dla Pana rozczarowaniem?
Dr Zbigniew Jędrychowski: Przeciwnie, podziwiam go za oryginalne wyposażenie z XVIII w., czyli z czasów, które już mnie interesują. Czego nie można powiedzieć o kościele uniwersyteckim [św. św. Janów – przyp. red.], bo tam architekt prof. Karol Podczaszyński dokonał w latach 1827–1828 „rewolucji”, pozostawiając co prawda przepiękny, niezwykle rozbudowany ołtarz główny, ale jednocześnie likwidując pozostałą część barokowego wystroju. U św. św. Janów zachwyca ponadto fasada, widoczna z dziedzińca uniwersyteckiego Piotra Skargi.
To jest „theatrum sacrum”. Architektura zaprojektowana na symetrii, czyli w pewnym sensie na odwzorowaniu natury. I na poczuciu piękna. A czym jest piękno? Pojęcia tego nie można wyrazić w jednym, a nawet w kilku słowach. To odczucie łączące w sobie zachwyt, delikatność, spokój, dobre emocje…
Był Pan świadkiem przywracania dawnego kształtu Kościołowi Franciszkanów [władze okupacyjne podzieliły wnętrze kościoła betonowymi stropami na piętra i pomniejsze pomieszczenia – przyp. red.].
Widziałem, jak zdejmowano stropy. Cud, że kościół to przetrwał. Teraz dowiaduję się, że Kościół Wizytek [Kościół Serca Jezusowego w Wilnie, nieopodal hospicjum – przyp. red.], gdzie ma powstać Sanktuarium Jezusa Miłosiernego, też je posiada.
Chciałbym zobaczyć stopień – nie chcę mówić „dewastacji” – ale „przystosowania” go do innych celów. A że jest on na planie krzyża greckiego, zniesienie stropów może zagrozić kopule.
Sanktuarium tam powstanie, potwierdził to arcybiskup wileński.
Cieszy mnie to bardzo, gdyż jest to zabytek, któremu należy przywrócić pierwotną funkcję. To kościół doskonale wkomponowany w panoramę miasta, widoczny z wielu miejsc: z Pohulanki, Zarzecza, Góry Zamkowej…. Co dostrzegam na swoich zdjęciach.
W Wilnie jest kilkanaście obiektów, które fotografuję podczas każdego pobytu. Te same zabytki, ale w innym świetle. Dosłownie i metaforycznie, bo w fotografii światło to siła sprawcza, tak jak w malarstwie. Na dawnych zdjęciach czarno-białych widać, jak fotograficy „szukali” światła, jak było ono ważne. I ważne jest nadal.
Mówimy o fotografii i kościołach, a przecież Pan zajmuje się teatrem. Tym dawnym.
Dokładniej teatrem I połowy XIX w., a zwłaszcza latami 1824–1832. Okresem wcześniejszym interesował się nieżyjący już prof. Michał Witkowski, dzięki któremu kilkadziesiąt lat temu ukazał się „Świat teatralny młodego Mickiewicza”. To zbiór studiów, w których autor podjął próbę odszukania daty prapremiery IV części „Dziadów”.
Pojawiła się hipoteza, że grano je w Kijowie. Przeprowadzając nad Dnieprem badania archiwalne, odnalazłem afisz „Dziadów” z Kamieńca Podolskiego z 1832 r. Wystawiono je, ponieważ przebywał tam wówczas wybitny aktor Seweryn Malinowski, który potrafił udźwignąć wielki monolog Gustawa. Niebawem Mickiewicza zakazała cenzura.
A Wilno? Czy tutaj grano „Dziady” za życia Mickiewicza?
Nie znalazłem żadnego potwierdzenia. Ale wszystko jest możliwe: było tu przecież liczne grono aktorów miejscowych i przyjezdnych z Królestwa, i być może poema Mickiewicza, o nadprzeciętnej ekspresji scenicznej, wzbudzały zainteresowanie nie tylko w lekturze.
Przygotowując książkę, przeczytałem kilkadziesiąt starych egzemplarzy sztuk przechowywanych w bibliotekach i archiwach. Oprócz Fredry, Moliera, Szekspira – także wiele tytułów zupełnie zapomnianych. Istotny przewodnik w doborze tej lektury stanowiła niemała kolekcja zachowanych dawnych wileńskich afiszów teatralnych.
Sztuki teatralne w Wilnie także drukowano.
I to w niejednej drukarni. Wspomnę o tragedii Juliusa Sodena „Ines de Castro”, którą być może oglądał Juliusz Słowacki i której dramaturgia mogła zrobić na młodym poecie niezwykłe wrażenie. Wydano ją w Wilnie prawdopodobnie w 1808 r., chociaż wystawiana była już wcześniej. Miasto nad Wilią spoglądało na Warszawę i Kraków, skąd nowości sceniczne przywoził m.in. antreprener Kazimierz Skibiński.
W 1824 r. zagrano „Męża i żonę” Fredry – i wtedy zjawił się na widowni Nikołaj Nowosilcow, kurator Wileńskiego Okręgu Naukowego, orzekając, że z powodu „nieprzystojnych” intryg miłosnych jest to sztuka absolutnie niedozwolona dla studentów. Fredro na pewien czas trafił na indeks, potem wrócił i wystawiano jego najwybitniejsze utwory.
Bogate życie teatralne toczyło się mimo rosyjskiego panowania?
To był jeszcze czas, kiedy nie ingerowano w używanie języka polskiego – chociaż pisma urzędowe już nakazano pisać po rosyjsku – i teatr funkcjonował na dawnych zasadach. Założył go Wojciech Bogusławski w 1785 r.: stały, zawodowy, mający swoich aktorów, zapraszających Wilnian przez kolejne sezony do obejrzenia przedstawień. Najpierw mieścił się w domu Ludwika Oskierki, był jednak zbyt mały i został przeniesiony do dzisiejszego budynku Muzeum Teatru, Muzyki i Kina. Mamy opis jego wnętrza i rysunek z 1834 r., pokazujący jego zewnętrzny wygląd. Ubolewam, że nie znamy szkicu widowni.
Nowy budynek teatru w oficynie poradziwiłłowskiej, wykupiony i urządzony przez antreprenera Macieja Każyńskiego, obarczony był jednak zadłużeniem. Po jego śmierci dług odziedziczyła małżonka Anna Każyńska, przez lata walcząca o unieważnienie niespłaconych należności. Stąd też częste, ale jedynie doraźne renowacje teatru. W roku 1832 zapowiedziano jego remont kapitalny i spektakle przeniesiono na czas jakiś do Ratusza. Niestety, dziurawy dach, hulający wiatr, powybijane szyby, przeciągi na widowni przez lata towarzyszyły przedstawieniom przy ul. Wileńskiej.

Skąd tytuł Pana książki – „Wilno w świecie widowisk 1824–1832”?
Widowiska, czyli to, co widzę: przedstawienia teatralne, operowe, balety, pantomimy, koncerty, modne wówczas żywe obrazy, ale też pokazy zwierząt, linoskoczkowie, brzuchomówcy, mechanicy, kosmorama, sztuki konne, magiczne, camera obscura. Próbowałem opisać ten świat wileńskich widowisk. Nie był on na miarę Paryża, ale jak w pigułce obejmował ich różne rodzaje i myślę, że młody Słowacki zobaczył to, co później w wielkiej skali oglądał nad Sekwaną. Stąd wyniósł niewątpliwie ważne doświadczenia jako widz, ale i przyszły autor dramatów i tragedii.
Tu dygresja: w książce fragmenty kilku ówcześnie wystawianych sztuk, w których sceny rozgrywają się w szpitalu wariatów, zestawiam z „Kordianem” Słowackiego (powstałym po wyjeździe poety z Wilna), aby pokazać ogrom różnicy w jakości języka. „Kordian” zdumiewa do dziś genialnością tekstu i wyobraźni teatralnej.
Czy na tę wyjątkowość mógł mieć wpływ fakt, że Mickiewicz i Słowacki edukowali się w Wilnie?
I Mickiewicz, i Słowacki – geniusze słowa – nad Wilią ukończyli uniwersytet, kształceni przez wybitnych profesorów. Wilno – genius loci [łac. duch miejsca – przyp. red.]. I nie sposób zapomnieć w biografiach obu romantyków, że kształcili się w Alma Mater Vilnensis.
Ten fakt jest nierozerwalnie z nimi związany. Tym bardziej że na „paryskim bruku” ocalili siebie w języku polskim.
Bywał Pan świadkiem tej polszczyzny także tutaj.
Kiedy zacząłem przyjeżdżać na Litwę w latach 90., byłem na weselu polskiej rodziny. Usłyszałem tam język, którego w Polsce już nie ma – z archaizmami i melodyką. Grała kapela i nadszedł moment, kiedy wychodzi muzykant z kapeluszem, a goście wrzucają datek, zamawiając melodię. Proszono o „Serdeczną Matkę” i inne pieśni religijne. Nie potrafię tego skomentować – to trzeba przeżyć.
Co sprawiło, że zaczął Pan przyjeżdżać do Wilna?
Najpierw zaznajomiłem się z archiwami Białorusi – warsztat archiwisty wykształciłem u prof. Anatolija Sobolewskiego w Instytucie Teatralnym w Mińsku. Profesor, wówczas rektor, opiniował moje prośby i wyrażał zgodę na kwerendy w archiwach i bibliotekach Grodna, Mińska, Petersburga i Wilna.
Odbyłem więc podróże do Grodna, gdzie jako cudzoziemiec byłem w archiwum początkowo niezbyt mile widziany. I kiedy przyjechałem po raz pierwszy do Wilna, pomyślałem: od tego miejsca należało zacząć. Tu zawsze panowały idealne warunki do badań naukowych.
Temat wileński zasugerował mi nieżyjący już historyk teatru Jerzy Timoszewicz, przed laty wybitny redaktor „Pamiętnika Teatralnego”. W Wilnie zbierał materiały do historii tutejszej sceny. Podarował mi fotografie afiszów i powiedział: „Proszę to przejrzeć i zająć się tym tematem”. Parafrazując Witkowskiego, miał na myśli „świat teatralny młodego Słowackiego”.
A jednak Pan opracował „świat widowisk”.
Bo poza przedstawieniami w gmachu przy ulicy Wileńskiej, odbywały się różne widowiska w przestrzeni miasta. Poza tym w dzisiejszej teatrologii słowo „widowisko” ma duże powodzenie, tyle że po angielsku: „performance”. Ja celowo używam słowa polskiego, jak w XIX w.
Czy do widowisk można zaliczyć wystrój kościołów, chociażby św. św. Piotra i Pawła – opowieść prowadzoną przez rzeźbę?
Tak, w sensie ekspozycji motywów, choć akurat tego aspektu nie poruszam. Piszę natomiast o iluminowaniu Wilna z okazji rocznic, obchodów jubileuszy, koronacji cara. Oświetlało wówczas Ratusz i kościoły kilkaset specjalnych, olejnych lamp. Wieczorem miasto wyglądało jak dekoracja.
I tu wracam do Słowackiego: w 1825 r., krótko po iluminacji okazałych budowli z okazji pewnej rocznicy, napisał wiersz „Księżyc”. Wszyscy zachwycali się sztucznym oświetleniem miasta, a on dostrzegł nadzwyczajną moc księżyca w tej roli.
W książce opowiada Pan również o latach studiów Słowackiego.
Słowacki mieszkał w Wilnie z matką, przyrodnimi siostrami i z ojczymem Augustem Bécu, którego zabił piorun – bo piorunochron na wieży św. św. Janów był zepsuty.
Odszukałem interesujące dokumenty, dotyczące tych osób. Przede wszystkim jednak dotarłem do wpisów Słowackiego, formularzy wypełnianych po każdym powrocie z wakacji na uczelnię – są to nieznane autografy. Natrafiłem również na podpisy w „Album” – do księgi, w której studenci co roku imiennie poświadczali przystąpienie do nauki. Wydobywam stamtąd autografy Adama Mickiewicza, Józefa Ignacego Kraszewskiego – studiował krótko, bo był sądzony, to osobna historia – i litewskojęzycznego Szymona Staniewicza.
Wspominam też Lwa Bajkowa, zausznika Nowosilcowa, który zmarł pod Ostrą Bramą, jadąc do narzeczonej – opisuję to dokładnie, bo postać ta pojawia się w trzeciej części „Dziadów”.
W książce eksponuję też nazwisko kolegi Słowackiego, Ludwika Spitznagla, uzdolnionego w językach obcych, który popełnił samobójstwo. Nadmieniam również, gdzie odbywał się proces filomatów i filaretów: ponieważ tamtejszy pałac generał-gubernatora wówczas remontowano, obrady komisji śledczej miały miejsce w dawnym Pałacu Paców przy ul. Świętojańskiej (dzisiejsza siedziba Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej). Nieuwięzieni studenci obserwowali to miejsce z położonej naprzeciwko księgarni Józefa Zawadzkiego.
Jak to wszystko ująć w jednym tomie?
Rzeczywiście, nie było to łatwe, tym bardziej że z kolejnych kwerend przywoziłem i „ciągnąłem” nowe, rewelacyjne treści. W ten sposób, myślę, udało mi się przeprowadzić pogłębione badania nad biografią Słowackiego, tamtejszym życiem studenckim i wileńskim romantyzmem w teatrze.
Dotarłem do wielu nieznanych dotąd szczegółów i dlatego na nich się koncentruję. Na przykład: w Wilnie działała, poza policją miejską, także policja uniwersytecka, utworzona po procesie filomatów i filaretów. Śledziła ona dokładnie wszelkie poczynania każdego studenta – czy wraca wieczorem do domu, czy posiada pozwolenie na oglądanie spektaklu (!), odnotowując jednocześnie wszystkie wykroczenia, chociażby wejście w teatrze do bufetu czy niewłaściwy ubiór.
Rozdziały książki mają porządek tematyczny, potrzebowałem jednak ujęcia całości w porządku chronologicznym. Dlatego druga część książki to Kronika – chronologiczny zapis widowisk i wydarzeń z historii ówczesnego Wilna.
Czas na pytanie oczywiste – dlaczego akurat lata 1824–1832?
Bo to już okres romantyczności, z której rodzi się romantyzm, a wcześniejsza historia teatru została opracowana, jak wspomniałem, przez Michała Witkowskiego. Rok 1824 to przede wszystkim wyrok w procesie filomatów i filaretów, a 1832 – likwidacja Uniwersytetu Wileńskiego po klęsce powstania listopadowego. Wówczas zapadła też decyzja o remoncie budynku teatru i przeniesieniu przedstawień do Ratusza.
Warto nadmienić przy tej okazji, że w kwietniu 1824 r., po siedmiu miesiącach uwięzienia w klasztorze bazylianów, Mickiewicz wychodzi na wolność, a w maju przybywa do Wilna trupa niemieckich aktorów z Kłajpedy, ówczesnego Memla, wystawiając „Wolnego strzelca” Carla Marii von Webera. To ważne, bo Mickiewicz napisał wiersz „Chór strzelców” najprawdopodobniej po obejrzeniu tej inscenizacji.
Zamknięcie uniwersytetu zmieniło oblicze miasta.
Rzeczywiście, ubyło z krajobrazu miasta kilkuset studentów, wyemigrowała kadra naukowa, wywieziono dużą część zbiorów bibliotecznych. Ze sławnej uczelni pozostawiono fakultety medyczny i teologiczny, które przybrały kształt Akademii Medyko-Chirurgicznej i Szkoły Duchownej. Poza tym po upadku powstania listopadowego zaczęła się inna era – małymi krokami nadchodziło zniewolenie kultury, w Wilnie na pewno.
Czy to znaczy, że zniewolenie objęło również widowiska i teatr polski?
Nie. W 1832 r., kiedy grano już na Ratuszu, po kilkunastu spektaklach zaczęto drukować afisze dwujęzyczne, rosyjsko-polskie. To pierwszy etap ingerencji władzy w tradycje teatru wileńskiego od czasów Bogusławskiego. Ze sceny nadal jednak rozlegał się język polski.
W roku 1835 po polsku i rosyjsku rozpoczęto wydawanie „Kuriera Litewskiego”. Natomiast w połowie lat 40. XIX w. miasto zapoczątkowało roczne dotacje na działalność teatru w Ratuszu, żądając w zamian grania przez zespół polski sztuk w języku rosyjskim. Był to już Teatr Miejski.
Podobnie było na innych ziemiach zabranych.
Pomysł grania przez aktorów polskich przedstawień w języku rosyjskim narodził się najprawdopodobniej w Kijowie, dokąd po otwarciu tam uniwersytetu (na bazie uczelni wileńskiej) zjeżdżało wielu studentów. To proces, jedna z metod zaznajamiania i oswajania młodzieży z językiem rosyjskim. Jednocześnie w Witebsku afisze polskich zespołów już w latach 20. XIX w. drukowano wyłącznie po rosyjsku. Wędrujący po tamtejszej prowincji aktor, śpiewak i antreprener Jan Chełmikowski, odważył się jednak zapowiadać przedstawienia afiszami rękopiśmiennymi w języku polskim, co zakwestionowała władza. I co ciekawe, egzemplarze tych afiszów zachowały się.
Wspomniał Pan o następnej książce.
To zamiar rozpisany na kilka lat, obejmujący kolejny, ostatni okres (1832–1846), kiedy jeszcze nie narzucano zespołom polskim grania przedstawień po rosyjsku. Co bardzo ważne, na firmamencie wileńskim pojawia się wówczas Stanisław Moniuszko i jego operetki. Historia polskiego teatru w Wilnie nadal skrywa tajemnice, czekające na zbadanie i opis.
Wywiad opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 34 (98) 29/08-04/09/2026





