Według danych Najwyższego Trybunału Wyborczego (TSE) w II turze wyborów prezydenckich w Brazylii Lula (27 października skończył 81 lat) uzyskał 51,79 proc. głosów, a 45-letni Bolsonaro, senator i syn byłego prezydenta Jaira Bolsonaro, obecnie odbywającego karę więzienia – 48,21 proc. W liczbach bezwzględnych różnica to aż 4,4 mln głosów.
Luiz Inácio Lula da Silva jako pierwszy polityk w najnowszej historii kraju wygrał wybory mimo zajęcia drugiego miejsca w I turze. Jego wygrana oznacza również, że zostanie prezydentem Brazylii po raz czwarty, co również jest rekordem. Wcześniej Lula da Silva był wybierany na prezydenta w latach 2002, 2006 i 2022.
Lula odrobił straty
W I turze brazylijskich wyborów prezydenckich Flavio Bolsonaro dostał 47 proc. głosów, a Lula – 45 proc. Również przed II turą sondaże wskazywały na niewielką przewagę senatora. Luli udało się jednak w krótkim czasie zmobilizować wielu wyborców, którzy nie głosowali trzy tygodnie wcześniej. Zwykle odsetek absencji jest wyższy w II turze, a tym razem było odwrotnie. Jak to się udało?
Nieoczekiwana porażka w I turze zmusiła sztab wyborczy do gruntownej zmiany strategii cyfrowej i przekazu – zamiast podkreślania dotychczasowych osiągnięć, zaczęto skupiać się na nowych obietnicach, w tym na umorzeniu długów rodzin oraz zwiększeniu środków na główny program transferów pieniężnych. Lula czerpał szczególne poparcie od wyborców o niższych dochodach oraz kobiet – grup, które historycznie były nieprzychylne rodzinie Bolsonaro. Prowadził zakrojoną na szeroką skalę kampanię w mediach społecznościowych, której towarzyszyły uliczne demonstracje.
Flavio Bolsonaro obiecał bezprecedensową walkę z przestępczością, w tym budowę megawięzień na wzór tych w Salwadorze, wzmocnienie kontroli na granicach Brazylii, stosowanie kastracji chemicznej wobec przestępców seksualnych oraz klasyfikację brazylijskich grup przestępczych jako organizacji narkoterrorystycznych. Wydaje się jednak, że wygrana w I turze i sprzyjające sondaże uśpiły jego sztab.
Nasuwa się pytanie, czy i na ile Luli pomogła kontrowersyjna decyzja sędziego Sądu Najwyższego o przedłużeniu głosowania o dwie godziny. To daje teraz pretekst Bolsonaro do mówienia o „kradzieży wyborów” i wnioskowania o ich unieważnienie. O przedłużenie głosowania apelowały w niedzielę sztaby obu kandydatów. Ekipa Luli chciała tego w całym kraju i motywowała to opóźnieniami w działaniu transportu publicznego w wielu miastach rządzonych przez sojuszników Bolsonaro. Z kolei sztab rywala chciał wydłużenia pracy lokali wyborczych tylko na niektórych obszarach i uzasadniał to ulewnymi deszczami.
Sędzia Cristiano Zanin (powołany w przeszłości przez Lulę) przychylił się do wniosku prezydenta. Tyle że decyzja o wydłużeniu głosowania została ogłoszona tuż przed planowanym zamknięciem lokali wyborczych i wywołała zamieszanie w komisjach. W efekcie niektóre lokale zostały zamknięte o pierwotnie wyznaczonej porze, a inne pracowały dłużej.
Całe to zamieszanie nie doprowadzi do unieważnienia wyborów (nigdy w historii Brazylii to nie miało miejsca), zwłaszcza przy przewadze Luli przekraczającej 4 mln głosów. Ale rodzina Bolsonaro może znów, jak cztery lata temu, budować mit o ukradzionym zwycięstwie.
Historia zresztą powtarza się w wielu aspektach. Znów mamy ucieczkę Bolsonaro do USA po przegranej w obawie przed zemstą przeciwników dysponujących całą machiną sądowniczo-policyjną.
Chiny i Rosja ucieszone
W pierwszym przemówieniu po ogłoszeniu wyników Luiz Inácio Lula da Silva powtórzył swoje zapewnienie, że Brazylia nie będzie „niczyim podwórkiem”. Komentatorzy ocenili to jako aluzję do rosnących wpływów USA w Ameryce Łacińskiej i napiętych relacji pomiędzy Lulą a amerykańskim prezydentem Donaldem Trumpem.
Porażka Bolsonaro jest ciosem dla starań prezydenta USA o dominację w regionie. Zwycięstwo popieranego przez Trumpa kandydata w największym kraju Ameryki Łacińskiej byłoby punktem zwrotnym w staraniach Waszyngtonu o zabezpieczenie hegemonii na półkuli zachodniej i ograniczenie wpływów Chin w tej części świata. Jednak Brasilia nie dołączy do Tarczy Ameryk, lansowanej przez Trumpa inicjatywy międzynarodowej walki z kartelami narkotykowymi, ani nie uzna organizacji przestępczych za grupy terrorystyczne.
Zwycięstwo Luli to pierwsze zwycięstwo lewicy w wyborach prezydenckich w regionie od czasu powrotu Trumpa do Białego Domu w 2025 r. W ciągu nieco ponad roku prawicowi i centroprawicowi kandydaci wygrali wybory w: Boliwii, Chile, Hondurasie, Kostaryce, Peru oraz Kolumbii. No i jest nieformalny lider prawicowych proamerykańskich przywódców w regionie – prezydent Argentyny Javier Milei. Brazylia poszła pod prąd.
Strategia bezpieczeństwa narodowego USA, opublikowana w grudniu 2025 r., przewiduje, że nie dopuści się, by „konkurenci spoza półkuli” kontrolowali na niej „aktywa o znaczeniu strategicznym”. Chodzi przede wszystkim o Chiny. Jednak dla Brazylii gwałtowne zerwanie stosunków z Pekinem byłoby samobójstwem. W 2025 r. na Chiny przypadało 27 proc. obrotów handlu zagranicznego Brazylii.
Wraz ze zwycięstwem Luli znika też kwestia wystąpienia ze stowarzyszenia BRICS (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny, RPA) – co zapowiadał Bolsonaro. To powód do radości na Kremlu, który miał zawsze ciepłe relacje z brazylijskim lewicowcem. Lula w maju 2022 r. mówił o prezydencie Ukrainy, że „ten facet jest tak samo odpowiedzialny” za wybuch wojny jak Putin. W maju 2025 r. brazylijski przywódca przyjechał do Moskwy na Paradę Zwycięstwa.
Trudna kohabitacja
Nowa kadencja prezydencka Luiza Inácia Luli da Silvy rozpocznie się 5 stycznia 2027 r. Będzie on musiał współpracować z prawicowym Kongresem, w którym licznie reprezentowani są zwolennicy Flavia Bolsonaro. To nie będzie łatwa kohabitacja.
Jak kończy się utrata większości w Kongresie, Lula wie z doświadczenia swojej wieloletniej współpracowniczki: w 2014 r. Dilma Rousseff wygrała II turę wyborów prezydenckich, a w 2016 r. Senat 61 głosami przeciwko 20 odwołał ją ze stanowiska.
Ponadto Lula będzie musiał zmierzyć się z niezadowoleniem ze strony prezydenta USA Donalda Trumpa. W polityce zagranicznej obiecuje „pogłębić geopolityczne zbliżenie z BRICS i Globalnym Południem”, co oczywiście leży w interesie Moskwy.
Artykuł opublikowany w wydaniu magazynowym dziennika „Kurier Wileński” Nr 43 (125) 31/10-06/11/2026



